sobota, 20 lutego 2016

Rozdział 17

 Dziękuję za Wasze komentarze. Nawet nie wiecie, jak mnie zmotywowaliście do dalszego tłumaczenia! jeszcze raz bardzo Wam dziękuję za to, że czytacie i komentujecie :D


MÓJ DZIEŃ:
1) Z powrotem w Ameryce. W jednym ze stanów zachodnich.
2) Skrzydło wciąż nie jest sprawne. Być może będzie potrzebowało więcej niż 3 dni, aby zacząć w pełni funkcjonować.
3) Musiałam pożegnać się z mamą i Ellą, wiele łez, uścisków. Wszystko, co kocham.
4) Silne poczucie zdrady przez stado o Day and Night School. Ale skrzydła sprawne nie w 100 procentach nie pozwolą mi swobodnie latać.
5) Kieł w ogóle  nie odzywał się do mnie przez trzy dni. Nie zachowuje się, jakby zwariował, jest bardziej rozważny. Obserwuje mnie. Co siedzi w tym jego zwariowanym umyśle?!

-Szkoła, szkoła, szkoła.-Kuks śpiewała, jakby chciała przez to powiedzieć, że jest już gotowa.
Teraz mama dała jej trochę rzeczy, do umieszczenia w jej włosach i teraz twarz Kuks była przyozdobiona delikatnymi kosmykami w kolorze karmelu. Delikatne kosmyki w kolorze karmelu. Naprawdę zaczynam się martwić. Tak, czy inaczej. Wszyscy byliśmy gotowi. Mieliśmy na sobie czyste ubrania. Poszliśmy do szkoły-każdy z różnym poziomem entuzjazmu. Szkoła była szeroka i niska. Na zewnątrz pomalowana była zakurzona, pomalowana w blade, pastelowe kolory, więc koordynowała się z pustynią. Nie była ogrodzona. Wokół niej było mnóstwo otwartej przestrzeni, wiele miejsc do startu, lądowania, ucieczki. Jed stał przy samochodzie, wiedząc, że będzie lepiej nie przytulać nas na pożegnanie. Nagle wypowiedział moje imię. 
-Max.
 Podeszłam do niego.
-Proszę, nie przekazuj mi teraz żadnych pereł mądrości.
Potrząsnął głową.
-Tylko...uważaj na Mr. Chu. On sprawia, że ITEX wygląda, jak Ulica Sezamkowa.

Ulica Sezamkowa-kliknij TUTAJ

Wtedy, kiedy wpatrywałam się w niego, wsiadł do samochodu i odjechał, kierowany na samolot do Kalifornii. To podniosło mnie na duchu, ale tylko trochę.
Zostaliśmy powitani w drzwiach szkoły przez kobietę niosącą clipboard (podstawka do pisania z klipsem: KLIKNIJ TUTAJ). Uśmiech sięgał jej oczu, co stanowiło typową dla niej cechę. 
-Nazywam się Ms. Hamilton. Max. Dobrze cię w końcu poznać. Ja i twoja mama mieszkałyśmy razem w collegu (chyba wiecie co to college...). Witajcie w Day and Night School. Myślę, że będziecie tutaj szczęśliwi.-Zatrzymała się tylko na chwilę, zdziwiona widokiem Totala, truchtającego tuż przy Angeli. Nie wstrzymuj oddechu, pomyślałam. I nagle mnie olśniło. Kiedy ostatni raz słyszałam Głos? Zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć. Nie mogłam. To było wieki temu, a przynajmniej tydzień. Tydzień może wydawać się na prawdę bardzo długim okresem czasu w moim życiu. 
-Najpierw musimy sprawdzić waszą wiedzę, to pomoże nam poznać wasze słabe i mocne strony.-ciągnęła radośnie Ms. Hamilton.-Wtedy będziemy wiedzieć, jakie zajęcia są dla was najlepsze. Przeszliśmy kilka korytarzy. Przez szklane, szkolne drzwi widzieliśmy duże, nasłonecznione sale lekcyjne z małymi grupkami dzieci w środku. Wyglądało na to, że były szczęśliwe, że tu są. Ms. Hamilton zaprowadziła nas do pustej klasy. Usiedliśmy na krzesłach, które były zaprojektowane dla bezskrzydłych dzieci. Obdarzałam bolesnym spojrzeniem każdego, na kogo natrafiło moje oko, dając im do zrozumienia, że to nie była moja wizja przyjemnego spędzenia czasu. Nie mogłam uwierzyć, że zdecydowali się to zrobić. Zupełnie jakby moje plany na nasze życie nie były już wystarczająco dobre. Oni rzeczywiście myśleli, że to rozwiązanie jest lepsze. Teraz bolał mnie żołądek i czułam się przygnieciona szarą chmurą. 
-Najpierw zobaczymy, jak radzicie sobie z matematyką.-starałam się nie jęknąć głośno.Jesteśmy "uliczną inteligencją", a nie książkową. Jak wielu ludzi testowało nas przez te wszystkie lata?
-Matematyka, dobra, może być.-powiedział Total wskakując na krzesło. Czy wolno używać kalkulatorów? Czy jesteś pewna, że są, wiesz, paw-ready (paw read-chyba chodzi o kalkulatory, które pies mógłby używać za pomocą łap)? Podniósł do góry  prawą łapę. Ms. Hamilton zatrzymała się i spojrzała na Totala. Zachichotałam. Prawie zapomniałam, jak wiele radości może mieć z nabierania ludzi. Wyprostowałam się na krześle. Wtedy Ms. Hamilton uśmiechnęła się. Do Totala. 
-Nie, nie mamy żadnych paw-read kalkulatorów.-odpowiedziała-I chyba i tak nie będziecie ich potrzebowali, żeby odpowiedzieć na te pytania.
Tak po prostu dorosły przyjął do wiadomości, że pies mówi. Cztery godziny później Ms. Hamilton powiedziała nam, że nasz poziom czytania waha się od poziomu pierwszego do poziomu dwunastego i że posługujemy się niesamowitym słownictwem. Angela była jedyną, która czytała na najlepszym poziomie, a Kieł, Iggy i ja niestety czytaliśmy najgorzej. Literowaliśmy mniej więcej jak czterolatki. Byliśmy w znacznym stopniu kulawi z matematyki, ale i tak byliśmy w stanie rozwiązać większość problemów.
-Krótko mówiąc, jesteście bardzo utalentowanymi dziećmi, które miały za mało nauki.-podsumowała Ms. Hamilton. 
Mogła powiedzieć, że zmarnowaliśmy cały ten czas. A ona nawet nie wiedziała o innych rzeczach, które potrafimy robić, ja np. hackowanie komputerów, podnoszenie ciężkich przedmiotów, włamywanie się do większości budynków.
-Angela, jesteś tak daleko na wykresie, że będziemy musieli wymyślić dla ciebie specjalną tabelę.-zaśmiała się Ms. Hamilton.
Byłam tu już od pięciu godzin i jak na razie nie chciałam nikogo od siebie odizolować. Dziwne. Ale to nie oznacza, że chciałam zostawać w Day and Night School. Czy tylko ja?

Ps. Czasami podczs tłumaczenia zastąpię nazwę "Day and Night School" nazwą "DANS", bo trochę zajmuje napisanie tej nazwy ;)
















niedziela, 7 lutego 2016

Rozdział 16

-Nadal nie mamy żadnych informacji o tej dziewczynie, Maximum Ride.-oznajmił jeden ze zwiadowców.
Lider zespołu popatrzył na obrazy radarowe, znajdujące się na biurku.
-A co z innymi? Śledzimy ich już od trzech dni.-jego podwładny potwierdził.-Mamy swoją siedzibę pół mili od nich.
Lider bojowy przeniósł na niego wzrok, ale jego grymas twarzy zniknął, kiedy popatrzył na robota, który nie zawierał jeszcze oprogramowania umożliwiającego rozpoznawanie emocji.
-Jaką największą prędkość osiągnęły?-zapytał.
-Duże, ciemne może osiągnąć prędkość ponad dwustu pięćdziesięciu mil na godzinę.-powiedział zwiadowca.-Kiedy zmierzają do dołu, więcej niż trzysta pięćdziesiąt mil na godzinę.
Lider zespołu kiwnął głową, zastanawiając się nad czymś. Westchnął. Historia tych błędów genetycznych była litanią żenujących porażek. Nawet Itex-z jego funduszy lata badań, biliony dolarów wydane. Skończyło się na tym, że nie mogą zatrzymać sześciu dzieciaków! Kiedy po raz pierwszy o nich usłyszał, myślał, że to tylko zabawny eksperyment. Pomimo ich względnej prędkości, inteligencji i przytłaczającej żądzy krwi, która okazała sie zupełnie nieskuteczna. Więc postanowili zrezygnować z podstawy biologicznej i przejść do robotów, pokrytych ciałem. Potem stworzyli Fruwołki-w zasadzie roboty ze skrzydłami. Wszystkie z nich zostały już pokonane przez zmutowane dzieci. Od tamtego czasu były w zasadzie te same, jedno pokolenie zostało wzmocnione do indywidualnego śledzenia i zabijania. Biorąc pod uwagę wszystkie ich rodzaje o wymyślnych nazwach, manipulowane w tę i w tamtą. Żaden z nich nie stanął na wysokości tego zadania (*pozbycia się stada). Lider zespołu był na prawdę zaskoczony, że także Devin zawiódł. Zaprawdę, zaprawdę zaskoczony. Devin nigdy nie zawiódł w pracy, tak długo, jak lider zespołu go znał. Stracił sto dolarów na ten zakład. Wydaje się jednak, że istnieje wystarczająca ilość 5.0, aby je zniszczyć.
-Czy możemy wskazać lokalizację i je zniszczyć?-zapytał robot.
Lider zespołu pokręcił głową.
-Nie. Wystarczy sam nadzór.
Stracił kilku dobrych ludzi w Meksyku i chciał ich odzyskać. Tak jak Mr. Chu.

Druga część rozdziału 15

Wyszli i robili charakterystyczne dla siebie rzeczy. Total ćwiczył starty i lądowania. Ostrzegałam ich, żeby uważali i mieli się na baczności, aby nie zatrzymywali się na zbyt długo. Jednak nic się nie stało. Żadnych problemów, nikogo nie postrzelono. Nikt nie został porwany i wywieziony, aby zobaczyć się z wściekłym Azjatą. Ja zostałam w domu i musiałam zdrowieć. 
-Jed.-powiedziałam, zwracając się do niego z własnej woli, pierwszy raz od dawna. Uśmiechnął się i uniósł brwi, patrząc na mnie.-Czy słyszałeś kiedyś o Mr. Chu?-zdawało się, że krew odpłynęła z jego twarzy i widziałam, że musiał walczyć sam z sobą, aby utrzymać spokojny wyraz twarzy. 
-Nie-powiedział wolno, kręcąc głową.-Nie dokładnie, ale skąd znasz to imię?
Wzruszyłam ramionami, a on odszedł. Dał mi wszystkie odpowiedzi, które potrzebowałam. Później oglądałam moje stado, które odlatywało beze mnie. Musieli się świetnie bawić.
-Max.
-Co?-warknęłam, odwracając się w stronę okna. Stała tam moja mama. Poczułam się trochę źle, bo odezwałam się do niej takim tonem. 
-Daj spokój. Mam zamiar pokazać wam, jak zrobić Puchero  Yucateco.

*Puchero – potrawa ciesząca się największą popularnością w kuchni hiszpańskiej oraz krajach Ameryki Południowej. Puchero przyrządza się z kawałków mięsa różnego rodzaju oraz warzyw np. grochu, papryki, kapusty, kukurydzy itd. Odpowiednikiem puchero może być bigos bądź leczo.
I jeszcze zdjęcia, kliknij TUTAJ 

Delikatnie odciągnęła mnie od okna. Proszę, niech to nie będzie dla mnie kolejne rzemiosło. Modliłam się w duchu. Jeśli ona wyciąga włóczkę-to jak się okazuje będzie... Jak się okazuje, Puchero Yucateco to gulasz z trzech rodzajów mięsa. Ja z mamą i Ellą spędzamy w kuchni całe popołudnie, siekając składniki, mieszając i mieszając. Mama pokazała nam, jak ocenić, czy cebula ugotowała się wystarczająco, żeby być słodka i jak stwierdzić, że mięso jest już ugotowane (zazwyczaj po prostu czekałam, aż przestanie się poruszać). Kroiłyśmy papryki habanero i pomimo wszystkich ostrzeżeń dotknęłam powąchałam mój palec, więc zaczęło palić mnie w nosie, a moje oczy łzawiły. Zaczęłam biegać po kuchni krzycząc "Uh, uh, uh!", kiedy Ella padała ze śmiechu. Typowe sytuacje, wydarzające się w rodzinie. 
-Hę, dlaczego Max jest w kuchni?- zapytał Gazik idąc, jego twarz była zaczerwieniona, a włosy jak zawsze potargane od wiatru. Oczywiście, że jemu było dane spędzać ten chwalebny, radosny czas szybując wysoko nad światem. I to nie było dla niego nic specjalnego. 
-Gotujemy-powiedziała mama.
-Ona po prostu dotrzymuje ci towarzystwa?-zapytał, nerwowo mrużąc oczy.
Kuks, Kieł, Iggy, Angela i Total, wszyscy tłocząc się w kuchni patrzyli na drewnianą łyżkę w mojej ręce. 
-Nie-powiedziała mama, starając się zachować powagę.-Ona gotuje.
Stado szybko wymieniło pomiędzy sobą zaniepokojone spojrzenia.
-Gotujecie...jedzenie?-zapytała Kuks.Usłyszałam, że ktoś szepce coś o zamawianiu pizzy.
 -Tak, gotuję jedzenie, jest smaczne i wy będziecie je jeść!
  I tak właśnie spędziłam trzy dni przymusowego wypoczynku. Stado widziało wszystkie cuda Majów na Yucatanie, a ja nauczyłam się gotować coś innego niż zimna owsianka. Nie miałam wiele ruchu, jednak moje skrzydło wyzdrowiało i wkrótce nadszedł czas, aby odejść. Myślałam o udaniu się do Ameryki Południowej. Ale stado miało różne pomysły. Kiedy wyzdrowiałam, urządziliśmy głosowanie. Chcieli wypróbować dzienną i nocną szkołę Jeda.


sobota, 28 listopada 2015

Rozdział 15

Jestem wojownikiem, więc było dla mnie dość upokarzające zepchnięcie z szybko-jadącego auta o pół mili od bezpiecznego domu. Wylądowałam na moim rannym skrzydle, oczywiście skrzywiłam się i poturlałam na przystanek. Moje ręce były związane za plecami. uklęknęłam, po czym tak szybko, jak tylko mogłam wstałam.Byłam roztrzęsiona i czułam się słabo. Moje skrzydło było zabarwione skrzepłą krwią. Byłam oszołomiona i głodna. Bolała mnie twarz, a mój policzek był spuchnięty i ciepły. Całe stado i ja mamy silne, wrodzone poczucie kierunku, więc po chwili odwróciłam się i zaczęłam biec truchtem na wschód. Po dotarciu do bezpiecznego domu, udałam się do tylnych drzwi, które były zamknięte, oczywiście dlatego, że wcześniej wyszłam przez okno. Mój plan miał być sprytny, tak aby nikt nie zauważył. Odwróciłam się i ruszyłam do przednich drzwi. Cały ten epizod zakończył się beznadziejnie. Musiałam zadzwonić do drzwi z przodu domu. Nagle Total zaszczekał, jak prawdziwy pies. Zasłona drgnęła, a potem moja mama otworzyła mi drzwi. Popatrzyłam na jej szerokie, brązowe oczy. Moja mama jest weterynarzem, więc opatrzyła moje skrzydła, kiedy Jed bezskutecznie próbował dowiedzieć się, co się stało. Nie chciałam mówić im o Chu i o tym, co mi się wydarzyło, więc tylko mruknęłam coś o trafieniu przez zabłąkaną kulę w dziwnym wypadku.
-Nie powinnaś latać co najmniej przez tydzień.-powiedziała stanowczo mama.-Od razu zinterpretowałam to jako trzy dni.-I ja naprawdę mówię o tygodniu.-dodała patrząc na mnie surowo.-A nie o trzech dniach.-Ona mnie znała. Później tego dnia CSM przenieśli nas do innego domu, tym razem w Yucatan, dżungli w meksyku. Nie ma tam tak wielu ludzi, a powietrze jest czystsze. Ale co ma tutaj do rzeczy jakość powietrza? Nie mogłam latać. Nie jest to moim najgorszym koszmarem, ale innych tak, bo zamieniają się w takich zepsutych czarowników. Po południu pierwszego dnia stado było gotowe do drogi.


niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 14



 Pomyślałam, że rozdział 13 był bardzo krótki, więc przetłumaczyłam jeszcze 14. Zapraszam do czytania :)

 -Mówię ci, że nie jest martwa.-Ostry, silnie akcentowany głos przedostał się do moich zaspanym uszu. Następną rzeczą, jaka do mnie dotarła był ból w moim skrzydle. Tak bardzo mnie bolało, że miałam ochotę się rozpłakać. Lub przynajmniej głośno zakwilić.
-To nie jest martwe.-powiedział M-dziwak. Spodobało mi się jego imię.-Jest wiotkie.
-Krwawi.
-Postrzeliliśmy to, aby ściągnąć je z nieba.
(Okay, so it wasn’t lilting poetry, but it was leagues ahead of chess-playing computers.-Znowu nie rozumiem o co chodzi) Tak zabawnie było słuchać, jak rozmawiają na mój temat, tak jakby mnie tam nie było. Jednak to było tylko marnowanie czasu. Otworzyłam oczy i zakaszlałam. Znajdowałam się na kocu, położonym na podłodze. Podłoga kiwała się delikatnie, w sposób, który od razu rozpoznałam, byłam na łodzi. Starałam się powstrzymać od krzyczenia z bólu. Przede mną stał Azjata, kilka cali niższy ode mnie, ale to ja jestem niesamowicie wysoka. Był przysadzisty i nosił okulary i niby zwykły granatową, chińską marynarkę, jaką możecie zobaczyć w niektórych starych filmach. Grube, czarne włosy miał zaczesane mocno do tyłu.
-Maximum Ride.-powiedział nie podając mi ręki.-To ja jestem Mr. Chu.
-Czego chcesz, Mr. Chu?- (Might as well cut right to the chase.-Tego też nie rozumiem.)
-Chcę ci wyjaśnić, że natychmiast powinnać zerwać kontakt z koalicją Powstrzymać Szaleństwo.-powiedział mężczyzna, uważnie patrząc mi w oczy. To nie mogło być wszystko.
-I?-zapytałam.
-Nie wiesz, kim oni są naprawdę.-ciągnął-Oni wykorzystują cię do realizowania swoich własnych celów.
-Oni płacą nam pączkami.-Czułam się zobowiązana o tym powiedzieć.
-Reprezentuję grupę bardzo silnych i bogatych biznesmenów z całego świata.-powiedział Chu.
-Oczywiście, że tak.-Powiedziałam łagodnie, starając się szukać wyjścia, które nie byłoby zbyt oczywiste.
-Tylko my wiemy, co tak naprawdę się dzieje.
-Oczywiście, że tak.-Był mały świetlik-Czy mogłabym…oh, Max nie lata. Porażka.
-Możliwe, że nadchodzi apokalipsa.-powiedział ostrożnie Chu. Był coraz bardziej i bardziej zaniepokojony.
-Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to powiedziała.
-To prawda! Moja grupa przetrwa apokalipsę. Jesteśmy jedynymi, którzy nie wyginą podczas gdy światowi przywódcy będą dążyli do zniszczenia siebie nawzajem.
-Twoim marzeniem chyba też jest zostanie światowym liderem, prawda?-powiedziałam ze współczuciem.
Klap!
Mój błyskawiczny refleks pozwolił mi odchylić głowę na bok, kiedy rzucił się do przodu, aby uderzyć mnie batem, ale dał mi dobry klaps w policzek. Powoli wyprostowałam się, czując jak mój policzek płonie, a wściekłość rośnie.
-Jesteś głupią, arogancką dziewczyną!-prawie pluł-Jeśli ty i twoje stado przyłączycie się do naszej grupy, nie będziecie  ścigani i niszczeni. Możemy użyć cię w naszym zespole. Ale jeśli wciąż będziesz tak arogancka i głupia, wkrótce zostaniesz wyeliminowana. Nie będzie dla ciebie miejsca w nowym świecie.
-To też już słyszałam.-Warknęłam i zacisnęłam mocno pięści.-Ja i stado nie jesteśmy na sprzedaż, Chuey. Więc wszystko, co mogę ci powiedzieć to (bring it-nie wiem o co tu chodzi)! Byłam przygotowana, że wszyscy strażnicy się na mnie ze stalowymi pięściami, przekonując do argumentów Mr. Chu. Zamiast tego mężczyzna pochylił się nade mną. Pachniał papierosami.
-Przykro mi, że ty i stado niedługo będziecie martwi. Ale moi naukowcy na pewno będą się cieszyć odbierając ci to, na czym ci zależy.
-Jeśli twoi naukowcy chcą mnie odseparować.-powiedziałam z powagą- Oczywiście, że nie będę już więcej odliczać. (znowu nie wiem o co chodzi-If your scientists take me apart,” I said solemnly, “clearly, I won’t be ticking anymore.)-Chu praktycznie parował ze złości, ale dalej trzymał się swojego scenariuszu.
-Możesz uważać, że zmyślam, ale to co mówię jest prawdą. To jest takie prawdziwe, jak ból w twoim skrzydle, czy na twarzy. A mówiąc o bólu, Maximum…Powinnaś wiedzieć, że jesteśmy mistrzami w sztuce perswazji (przekonywania).
-Ból mija.-powiedziałam powoli-Ale wariactwo zostaje. Zgadnij, kto tu dostał lepszą ofertę?
Ostatnią rzeczą jaką zapamiętałam była twarz Mr. Chu płonąca z wściekłości.

sobota, 21 listopada 2015

Rozdział 13




 Napisałam, że rozdział pojawi się najpóźniej jutro, ale nie zauważyłam, że jest aż taki krótki. Udało mi się go przetłumaczyć. :)



Zostałam zepchnięta w tył ciężarówki, ogrodzona przez tak wielu strażników, że ciężko mi było cokolwiek zobaczyć. Moja rodzina nie miała pojęcia, gdzie się znajduję. W moim prawym skrzydle była wielka dziura, a jedna z jego kości prawdopodobnie była złamana. Mieli całkowitą przewagę liczebną, wiedzieli gdzie mam się spotkać z moim nowym, tajemniczym wrogiem, Mr. Chu. Postanowiłam zdrzemnąć się.
-Przepraszam, wybaczcie mi.-wymamrotałam opadając na kolana.
Wielu strażników natychmiast skuliło się obok mnie, czekając na śmiałą ucieczkę. Chciałabym uciec, ale co niby miałam zrobić? Prześlizgnąć się pomiędzy ich nogami? Zamiast tego skuliłam się w kłębek  i położyłam na lewym boku, trzymając moje uszkodzone skrzydło na wierzchu. Bolało jak cholera, czułam pulsujący, piekący ból, który z każdym uderzeniem serca przypominał mi, że nie mogłam już latać. Strażnicy nie wiedzieli, co z tym zrobić. Zgaduję, że nie byli zaprogramowani do wzruszania ramionami i robienia obojętnych min. Nie byli (tu pisze Erasers-nie wiem o co chodzi, może o Likwidatorów?), ani latającymi maszynami (Flyboys-może chodziło o Fruwołki?). Nie byli coraz to bardziej zaawansowanymi robotami-żołnierzami, które stworzył Uber-Dyrektor. Cholera, nie wiedziałam kim oni byli. Tylko zabijające maszyny o delikatnych dłoniach i kostkach. Rodzaj naukowy, dziwaczne maszyny. Hej! M-dziwacy (M-Geeks)! Dobrze. Teraz mieli imiona, przynajmniej w mojej głowie. Byłam bardzo zmęczona. I chciałam spać.