sobota, 26 września 2015

Przeprosiny.

Nie, nie zawieszam bloga. Chciałam was tylko poinformować, że na razie nie jestem w stanie dodać następnego rozdziału. Mój komputer cały czas się zacina i jedyne co mogę na nim robić, to korzystać z internetu. Aktualnie program antywirusowy sprawdza, czy nie jest zawirusowany, więc bardzo możliwe, że będę musiała oddać go do naprawy :( Przepraszam was, jeżeli czekacie na następny rozdział, ale ja nic nie mogę zrobić. To nie zależy ode mnie. :( Ale zapraszam na mojego drugiego bloga. Niedługo pojawi się kolejny rozdział.

niedziela, 6 września 2015

Rozdział 10

Od tej chwili rozpoczyna się moje tłumaczenie. Z góry przepraszam, za wszelkie niedociągnięcia, takie jak np. błędy stylistyczne, błędy w tłumaczeniu, niespójność zdań itp. Proszę was o wyrozumiałość, ze względu na mój wiek (jestem w 1 klasie gimnazjum). To pierwsza książka, którą tłumaczę, więc nie spodziewajcie się nie wiadomo czego. Zapraszam do czytania. :)



-Człowieku, czuję się świetnie!-Powiedział Gazik godzinę później. Przechylił się na krześle i
poklepał się po brzuchu, napełnionym tacosami, chipsami, salsą i ciasteczkami.                                              - KOOOOOCHAM Meksyk.-zanucił.-KOOOOOCHAM meksykańskie jedzenie.
-Jak to dobrze znów cię widzieć.-Powiedziała moja mama, całując mnie w policzek.-Ponownie.
Uśmiechnęłam się do niej.             
 -Ciebie też. Ale od dłuższego czasu nie widziałam się z Ellą.
-Mam ci tak dużo do powiedzenia.-Powiedziała do mnie moja przyrodnia siostra. Szybko wepchała sobie kilka chipsów do buzi, po czym otworzyła szeroko oczy.-Mieliśmy tańce w naszej szkole!
Mama uśmiechnęła się do  Elli, wyglądającej na bardzo zmęczoną. Przez chwilę poczułam się zazdrosna. Ella spędzała z moją mamą dużo czasu, tak w zasadzie spędziła z nią całe życie. Nagle poczułam się winna. Ella zasłużyła na naszą mamę, ja nie i to nie jej wina. Fakt, była to moja mama, ale Ella została jej dzieckiem w normalny sposób. Ja byłam tylko eksperymentem naukowym, dzieckiem z próbówki. Żadna z nas nie wiedziała, że druga istnieje,
aż do tego ostatniego roku. A teraz, bez względu na to, jak bardzo dbały o mnie, nadal
zbyt niebezpieczne byłoby dla mnie mieszkanie w jednym miejscu przez dłuższy czas. Będąc z mamą, narażałabym ją na wielkie ryzyko.
-Ty już wykonałaś niesamowitą pracę dla CSM, kochanie.-powiedziała do mnie mama.
-Ale zgadzam się, że pokazy lotnicze muszą być anulowane. Po prostu nie ma sposobu, aby zagwarantować wam bezpieczeństwo.
Jed odsunął krzesło i usiadł, opierając łokcie na stole, po czym splótł razem swoje palce.                             -Czy wszyscy się najedli?-Zapytał.                                                                                                  Odetchnęłam, nie patrząc na niego. Nigdy nie mogłam się przyzwyczaić do jego widoku. Nie mogłam uwierzyć, że kiedyś był dobrym człowiekiem, po tym wszystkim, co zrobił dla mnie i dla stada…Kiedy? Osiem miesięcy temu? Czas strasznie się ciągnął w moim życiu.
Jednak moja mama mu ufała. Ja ufałam mamie. Pomimo faktu, że o ile mi wiadomo, był moim biologicznym ojcem, nigdy, przenigdy nie myślałam o nim jako o moim PRAWDZIWYM ojcu. Nigdy.
-CSM nie jest teraz naszym jedynym zmartwieniem.-odrzekł Jed. Jego włosy od jakiegoś czasu zaczęły robić się szare.-Musimy omówić dalsze kroki.
Natychmiast poczułam, jak moja twarz kamienieje. Nie patrzyłam na Kła, ale wiedziałam, że będzie musiał odnieść to samo wrażenie co ja. Nikt z nas nigdy nie lubił, kiedy
dorośli decydowali o nas –o naszej przyszłości, o tym co robimy, i tak dalej.
-Tak?-Powiedziałam głosem, który powstrzymałby wielu ludzi.
Jed był do tego przyzwyczajony, ponieważ słyszał go od kiedy tylko nauczyłam się mówić.
-Tak.-powiedział.-Niedawno powstała nowa szkoła.-Dla uzdolnionych osób. Jest zaprojektowana, aby umożliwić dzieciom uczenie się w swoim naturalnym tempie. To jedna z niewielu takich szkół na ziemi.
Przewróciłam oczami.
-Gdzie to jest?- Zapytała Kuks. Słyszałam, zapał w jej głosie.
-W pięknej i zacisznej części Utah.-powiedział Jed.-Są tam góry, jeziora, i miejsca odpowiednie do jazdy konnej.
-Och.-powiedziała Kuks.-Kocham konie! A szkoła…Mnóstwo książek i innych dzieci…
-Kuks, to nie wchodzi w grę.-powiedziałem. Nienawidziłam jej zasmucać, ale wiedziałam,
że to był szalony plan.
Błagalne oczy Kuks zwróciły się do mnie.                                                                                                -Naprawdę? Byłoby miło być nareszcie w jednym miejscu przez dłuższy czas i dowiedzieć się nowych rzeczy w szkole.
-Ja osobiście lubię szkołę.-powiedział Ella. Mimo, że niektóre dzieci są matołami.
-Zazwyczaj mamy większe problemy niż dzieci matoły.-powiedziałam, starając się opanować moje rosnące zdenerwowanie.-Kuks, wiesz, że musimy co jakiś czas zmieniać miejsce zamieszkana. Pamiętasz snajpera-samobójcę? Nie ma mowy, że będziemy bezpieczni.
-Możemy zagwarantować wam bezpieczeństwo.-zaoferował Jed.-To bardzo ważna sprawa, zwłaszcza dla dzieci…
-Och, to naprawdę ważna sprawa.- powiedziałam sarkastycznym tonem.-Więc to jest lepsze od tych wszystkich fałszywych transakcji, co? Zagwarantujecie nasze bezpieczeństwo? Proszę. Jak można to powiedzieć, że z takim kamiennym wyrazem twarzy?
Cóż, sam Budda mógł przyjść do mnie we śnie i powiedzieć mi, że to było słuszne, a ja nadal nie weszłabym na pokład tego szalonego rejsu. Bo  w końcu, kiedy przyjdzie co do czego, kiedy moje plecy opierają się o ścianę ze zmęczenia, kiedy nie mogę myśleć, jedyną osobą, której naprawdę, naprawdę, naprawdę mogę zaufać, choćby nie wiem co, jestem ja.
Polityka ta opłaciła się dla mnie niezliczoną liczbę razy.
Kolejną osobą, której ufam, zaraz po mnie, jest Kieł.
To naprawdę nie jest osoba trzecia, nie dlatego, że nie kocham stada, czy mamy, czy jeszcze kogoś innego, ale dlatego, że Kieł jest jedyną osobą, którą znam prawie tak dobrze, jak siebie,
a zarazem jedyną osobą, która potrafi mnie zrozumieć.
Tak więc, na następnych poziomach zaufania po Kle, chciałabym wybrać resztę stada, moją mamę,
i Ellę. Jed nie znalazłby się na tej liście.
-Szkoła nie wchodzi w grę.-powiedziałem stanowczo.-Następne pytanie.

Rozdział 9-skopiowane

Dr Dwyer i CSM zorganizowali dla nas bezpieczny dom - aktualnie piąty. Cztery służyły do zwabienia - i utrzymuje rzeczywistą lokalizacje w tajemnicy. Dopóki nie bylismy w samochodzie. Czysta przynęta.
  - Oglądanie bitew jest trudne, jeśli się nie jest do tego przyzwyczajonym. - powiedział Kieł patrząc na bladą twarz Brigid. Skinęła nerwowo głową. Ciągle chciała utrzymać swoją nieskazitelnie obojętnąreputację. Ale uwieżcie mi, czy nie - już dawno jej się pogorszyła. Nie była ranna, ale jej ubrania były poplamione krwią. Stałam obok niej, gdy wpadłam na genialny pomysł, że Nowe pomarańczowe Zagrożenia mają słabe punkty.
  - To nie jest piknik, nawet jeśli jesteś do tego przyzwyczajona - powiedziałam
  - Jakie były te rzeczy ? -Spytał Iggy, ocierając jego posiniaczone i obdarte kostki.
- Nie wiem - odpowiedziałam. Szczerze ? Zastanawiałam się nad tym juz wcześniej. To nie były Likwidatorzy lub hybrydy. To nie były Omegi. To były roboty z odrobiną mięsa. Coś na wzór i ludzi i robotów. Nie rozmawiali, ale to nie znaczy, że nie potrafili. Ale napewno nie umieli latać.
- To zagadka - dokończyłam w końcu i stwierdziłam, że będę się tym martwić później. Teraz byłam głodna i trochę chwiejna od spadku adrenaliny.
  Odgarnęłam włosy z oczu i kątem oka dostrzegłam, że Dr Dwyer ma inne ułożenie włosów - bardziej stanowcze - jakby chciała w ten sposób stać się bardziej poważna. Raz w życiu obcięłam sobie włosy u fryzjera. Nie. Raz w życiu to właśnie fryzjer obcinał mi włosy. Tak. Ale to było wiele, wiele bitew temu.
  - no i jesteśmy - obwieściła Brigid, kiedy wjechaliśmy na podjazd niewielkiego domu. Doy tutaj były niespodziewanie blisko siebie. Jakby je ktoś zszykwką spiął. Ulice były pełne psów,samochodów i starannie nawleczonej bielizny.
  Automatycznie obserwowała, skanowałam teren. Oglądałam się za dobrymi kryjówkami, punktami podatności. Czy te okna były łamliwe? Sprawdzałam też, jakie (i czy) drzewa są na naszej drodze, i w okolicy. Kieł wysiadł pierwszy. Przeczesał wzrokiem okolice i stwierdził, że jest bezpiecznie.
  Reszta z nas rozglądnęła się szybko i pobiegła na tył domu. Czułam się zmęczona i rozdrażnionia i, co gorsza, zdałam sobie sprawę, że Brigid ciągle wlepia swój wzrok w Kła. Miałam ochotę zjeść 3 banany i zemdleć.
  Ciepłe żółte światło rozlało się przez okno, tworząc skośny prostokąt na trawie. Kiedy dotarliśmy do drzwi, one otworzyły się. Nagle się zatrzymałam. Nogi miałam trochę jak z żelków, ale były gotowe do skoku,gotowe do działania - jeśli jakieś niebiespieczyństwo czychało za drzwiami. Zrozumiałam, że stanęłam tak nagle, iż Angela we mnie wpadła.
  Na początku widziałam tylko sylwetkę. W tej samej chwili, znajomy zapach uniósł się w ciepłym nocnym powietrzu.
  Czekoladowe ciasteczka. Mmm! Ciepłe i świeże, prosto z pieca.
  Sylwetką była moja mama, Dr valencia Martinez, i ona uśmiechała się do mnie.
  I nagle świat wydawał się lepszy, piękniejszy

Rozdział 8-skopiowane

Położenie: Niemożliwie duży otwarty zstadion w imponującym, ale trującym Meksyku
Osoby: Stado, Total, Dr Wspaniała, i jakiś bardzo miły Meksykanin, urzędnicy, którzy chcieli nam dać nagodę. Plus ekpia telewizyjna.
Fabuła: Po prostu poczekaj. Nadchodzi.
  - Nie cierpię tego. Zabierz mnie stąd.- powiedziałam do Kła, utrzymując uśmiech przyklejony do mojej twarzy. Machaliśmy do tłumu. Tyle lamp błyskowych się wyłączało, że byłam pewna, iż będzie ciemno w minutę
- To nie jest dobre ustawienie* - Kieł zgodził się, rozglądając się nieustannie.
Total,Iggy,Gazik i Kuksprzedzierali się przez tłum jak na starych rękach*, kłaniając się w promieniach braw.Gazik rozpetrzeniał skrzydła, robił małe sześć stóp i hops w powietrze, za każdym razem tłum ryczał jeszcze głośniej.
  W końcu jeden z zebranych funkcjonariuszy wykorzystał mikrofon umieszczony na środku stadionu. Brigid Dwyer stała obok nich, gotowa dać przemówienie o CSM, napewno chcieli, żeby usłyszano ich na całym świecie.
  Urzędnik powiedział coś w języku hiszpańskim, a tłum wiwatował i klaskał, intonowanie cytatów z bloga Kła. Następnie Brigid wzięła mikrofon i czekała na względną ciszę.
-Buenos días, señors y señoras - powiedziała Brigid i ludzie zaczęli wiwatować. -Hoy nosotros...
  W porządku, straszny krzyk wzrósł powyżej szumu tłumu i zatrzymał Brigid zimno. Gazik zobaczył ich pierwszy: ninja-typu thingies skaczących na górnej półce Stadionu i zjeżdżających w dół na pole.
- Głowy do góry! - Krzyknął Kieł. MIeliśmy chwilę na wymianę spojrzeń, myśleliśmy tak samo: Nie widziałam ich na dachu, zaledwie kilka minut wcześniej. Skąd się wzięły ?
- Do góry i wiać! - Krzyknęłam do stada, a następnie zobaczyłam problem: Brigid nie mogła z nami lecieć. Nie mogliśmy zostawić ją z ninja. Nie mogliśmy zostawić ani jej, ani ludzi, którzy okazali nam gościnność.
  Urzędnicy, Brigid i ekipa telewizyjna patrzyli na nas z otwartymi ustamu, jak - co najmniej - sześćdziesiąt szczupłych,ciemnych figurek - ale to nie figurki, tylko mega ninje - uderzyło w ziemię i ruszyło do nas. I w jeden chwili zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji: sto tysięcy ludzi, możezostać zranionych lub zabitych w krzyżowym ogniu; niewinnych ludzi, dokładnie tutaj, na polu. A czemu? Bo weszli nam w drogę. Teraz jesteśmy my. Tylko my. Siedmiu z nas vs sześćdziesięciu ninja. Wyobraziłam sobie to: pole, nas siedmiu, sześćdziesięciu ninja, sto tysięcy niewinnych ludzi, ci ludzie walczą o nas. Niedobrze. Bądź co bądź, ale zagrożenie jest.
  Było jak za dawnych czasów.
-Walczcie! - krzyknęłam.
  Jak postać matki, zawsze staram się załatwić stadu bezpieczeństwo, oczywiste. Ale muszę przyznać, że łatwo można u mnie załatwić pożądanie krwi. Na przykład kiedy spojrzę w niebieskie, duże oczy Gazika lub na małą bezbronną - mówimy o sześciolatce, która potrafi manipulować umysłami ludzi - Angelę. To wystarcza, żebym wyczuła zagrożenie i była gotowa wyrąbać komuś łeb.
  Byliśmy odrobinę niepraktycznie. Nie wzięłam nikogo sama przez ostatnie kilka tygodni (Tu chodzi o zabicie kogoś samemu, dop. tłumacza).
- Łapać ich! - krzyknęłam czując, że ciemne postacie nas ścigają. Adrenalina zabuzowała w moich żyłach, poczułam zdenerwowanie i uczucie, że mogę być szybka jak błyskawica. Nieźle, co?
  Jak tylko jeden był w zakresie pola rażenia, zerwałam się i skoczyłam z obiema nogami do przodu. One, połączone mocno trzaskają nowe zagrożenie w jego środku. Moja siła się jeszcze podwoiła i czułam potęgę. Cicho jęczał, a jego ciemny kaptur poślizgiem ujawnij jego ludzką twarz. Z wyjątkiem świecących zielonym laserem oczu.
  Wylądowałam, obróciłam się na pięcie i uderzyłam go z półobrotu tak mocno jak tylko umiałam. Złapałam go w ramiona i usłyszałam trzaski.
  Coś uderzyło mnie tak mocno w głowę, że aż mi ją odwróciło. Ale czekaj, czekaj.. Człowiek nie może uderzyć z tak mocną siłą. Odskoczył tak szybko, jak człowiek również nie potrafi żaden człowiek. Sekundę później poczułam jego but na moim policzku.
  Drugi rzucił się do góry - poszedł za śladem trzeciego. Zostałam sama z ninją. Cudnie. Złapał mnie od tyłu i podarł moją kurtke. A to! Rozwydrzony dzieciak! To była nowa kurtka! Mama mi ją dała. Ale on też ją miał - kurtkę. Ale nie z firmy. Jakby.. jakby z wysypiska. Podarta.
  Uwolniłam się i znokautowałam go. Teraz adrenalina mnie rozsadzała. Ułamek sekundy poźniej zobaczyłam, że stado robi to, w czym jesteśmy najlepsi: dekondtruują rzeczy. Nikt nie potrzebuje pomocy, dobrze. Zacisnęłam pięści i zleciałam w dół. I poleciałam do moich napastników.
  Te "nasze potyczki" wydają się dłuższe niż realnie są. Czułam się jakbym biła,kopała, wierzgała, itd. przez dwie godziny. A to zajęło tak.. około sześciu minut. I właśnie w tym czasie coś sobie uświadomiłam: te ciemne figurki mają czułe punkty: Jeśli szybko opuścisz dwie ręce w ruch siekania ich głowa roztrzaska się na pare metalowych pasków. Jak przekrój pomarańczy. No dobra nie pomarańczy. Ale wiesz o co chodzi.
  Ich kolejny słaby punkt: Ich drobne,małe kostki. Jedna dobra mocna akcja, a oni pękają jak drewno balsa.
  W mniej niż dziesięć minut, dzięki nam i wynajętej ochronie, trawnik wyglądał jak połączenie szpitala z wojskiem i chop shop (nie wiem o co tu chodziło) samochodowym. Brigid i urzędnicy byli bladzi i stłoczeni przez podium. Szybka interwemncja, a stado ujawniło jedynie zwykłe siniaki, krwawiące nosy i czarne, posiniaczone oczy, ale to nic poważnego, przywykliśmy do tego.
  Kieł podszedł do mnie, jego twarz była ponura i surowa, a jego kostki krwawiły.
Wiem, co chciał powiedzieć.
-Dobra żadnych więcej pokazów lotniczych - powiedziałam.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* - nie wiedziałam dokładnie co autor miał na myśli, ale jakoś tak to chyba miało być

Rozdział 7-skopiowane

Nigdy nie widziałeś jak mega może być megalopolis* , do czasu gdy nie zobaczyłeś Meksyku. Miasto. Zgaduję, że mogą być większe miasteczka w jakiś Chinach albo co, ale hello, Meksyk wygląda jak gdyby się nie kończył!
  W każdym razie, Zmora mojego Istnienia i ja zgodziliśmy się na jeszcze jeden pokaz lotniczy, i oczywiście jeden był w Meksyku, gdzie Dr. Wspaniała spotkałaby nas.
  Więc byliśmy nad ogromniastym stadionem na wolnym powietrzu, Estadio Azteca, który mieścił około 114 tys. ludzi! Każde miejsce było zajęte.
  Zmieniliśmy choreografię i kolejność wyczynów kaskaderskich od czasu ostatniego widowiska, więc jeśli ktoś chce zrobić plan mający na celu naśladowanie nas, musiałby sobie to dobrze przemyśleć.
  Wokół nas, mila po mili roiło się od budynków rozciągniętych tak daleko jak byliśmy w stanie zobaczyć, i możemy zobaczyć ładny dang daleko,daleko.
- Potrzebuję zbiornika do nurkowania - Kuks powiedziała, podlatując do mnie. Zasłoniła nos jedną ręką - i maskę -zakaszlała kilka razy i potrząsnęła głową, jej oczy były zalane łzami.
- Przypuszczam, że odnosisz się do maleńkiego problemu z zanieczyszczeniem?- powiedziałem, podnosząc mój głos aby przeszył wiatr i mnóstwo wiwatów poniżej.
  Ludzie na stadionie spojrzeli w górę i zobaczyli nas rysujących się na tle grubego, szarego nieba. Ale to nie był pochmurny dzień.
  Rzecz w tym, że z dziewiętnastoma milionami ludźmi i czterema milionami samochodami i pękiem biznesów robiących coś, Meksyk jest niewiarygodnie, strasznie, obrzydliwie zanieczyszczony.
  Który był powodem dlaczego CSM chcieli żebyśmy tutaj byli - żeby dostarczyć temu międzinarodowej uwagi. Kiedy Dr Cudowna przygotowywała nas do pokazu lotniczego, powiedziała nam, że tutaj było pół miliona przypadków odnoszących się do zanieczyszczeń szpitalnych zaledwie w ostatnim roku.
  Teraz zastanawialiśmy się czy nie powiększymy tej liczby do pół miliona i siedmiu
-zaczynam mieć bóle głowy- Gazik powiedział, zataczając kółka bliżej mnie. Rozdzieliliśmy się w sześciowierzchołkową, spiczastą gwiazdę, z Totalem w środku i tłum poniżej oszalał. Jak duża fala dźwięku, monotonne śpiewy podeszły do nas.
- Mamy moc! Przyszłość jest teraz! Dziecięca zasada!
Podniosłam brew na Kła - dziecięca zasada?
Wzruszył ramionami - Nie można kontrolować co oni cytują z bloga - powiedział - Co ja miałem powiedzieć? Więcej mocy żeby dorosnąć ? Nie sądzę*.
- Jak dużo masz już czytelników? - Kieł zaczął prowadzić blog miesiące temu, używając super-duper przemyconego komputera. Miał własne fankluby i wszystko. Dziewczyny wysyłają mu śmieszne e-maile jaki to cudowny był, jaki to z niego bohater, itd. To wystarczyło, żeby obrócić mój żołądek.
- Okolo sześćset tysięcy zalogowanych codziennie - powiedział Kiel, automatycznie sprawdzając teren wokół nas. On i ja nagle poszybowaliśmy do góry, stając obok siebie, o dwóch stopach pomiędzy nami. Tłum poniżej nas był wysypany, i ja wiedziałam, że to wygląda okazale jak wszyscy sobie to wyobrażają.
  Wtedy Iggy podleciał do góry, żeby do nas dołączyć, i on,Kieł i ja zrobiliśmy trójkąt, nasze skrzydła ruszały się perfekcyjnie, więc nie zderzyliśmy się. Total wisiał w powietrzu nad nami, tak jak gwiazda na choince.
  Sto jardów pod nami, Kuks, Gazik i Angela byli potrójnym stosem dzieci-ptaków. Poruszali skrzydłami w jednym tempie: każdy w górę, każdy w dół. Za     Sygnałem Gazika, wszyscy obrócili się i zaczęli podskakiwać w powietrzu, wciąż dokładnie układając się w stóg.
  Kieł,Iggy,Total i ja policzyliśmy do dziesięciu, wtedy ustawiliśmy się pod kątem w dół, czas na nas, żeby wylądować na ziemi, na polu. Ponoć zamierzali dać nam jakiś rodzaj nagrody.
  - Jesteś narodowym bohaterem - Dr Wspaniała powiedziała wcześniej, musiałam na nią spojrzeć, na jej rude włosy, i wtedy odwróciłam wzrok, Kieł patrzył na nią z zainteresowaniem.- Nie tylko tu, ale w innych krajach też. Jesteś tak młody, a zniszczyłeś tyle zła. Plus, pomogłes nagłośnić sprawę roztapiającego się lodu na planecie, i mówiłeś do Kongresu, Zdumiewasz.
  A do kogo się uśmechała promiennie? Tak. Do Kła.
Kto, dokładnie, tracił nerwy i mówił do Komgresu? To byłam ja.
Ale osądzanie Brigid Dwyer`s to niefachowa adoracja. Kieł sam ocalił tylko część świata. Resztę ocaliła osoba ze skrzydłami za nim.
Ledwo się powstrzymywałam od wysłania Brigid na daleką podróż. Co byłoby głupie.
  Ale dlaczego nie zgadzałam się z nią w każdej kwestii, nawet nie wypowiedzianej, nawet nie pomyślanej ? Mniejsza z tym. Zapomnij, że pytałam.
  Pole obok! Ludzie! -To za dużo dla mistrzów świata, dla olimpijczyków i wszystkiego innego - nagle 114 tysięcy ludzi potrzebowało być w jednym miejscu, w jednym czasie!
  Kusiło nas jedno - rząd umundurowanych strażników wynajętych przez CSM. Granica nas chroniła od tego wybuchu furii na nich.
  Zobaczyłam Kuks, Gazika i Angele lądujących bezskazitelnie, falę tłumu i sto tysięcy kamer.
  Dołączyliśmy do reszty stada na zielonej polanie, a następnie lecąc okrążyliśmy wszystko.
  Tłum ryczał za głośno żebyśmy usłyszeli wystrzały. Cholera, nie byliśmy w stanie usłyszeć prawie niczego! To była najkoszmarniejsza sytuacja w moim życiu, mogłam sobie tylko wyobrazić, że na zewnątrz dosłownie wymagają psiej klatki.
I wiesz co podchodzi pod prawdę?
To jedna z częśći koszmaru.

Rozdział 6-skopiowane

Nie jestem śpiochem.
Jeśli przyjdzie ci spędzić całe życie w obliczu nieuchronnej śmierci i bólu, dowiesz się, że masz tendencję do tego, by nie tonąć zbyt głęboko w objęciach Morfeusza. Więc nie było w tym nic dziwnego, że leżałam godzinami tej nocy, prawie w ogóle nie śpiąc.
Wiem, co sobie pomyślisz: jak można spać wygodnie, gdy ma się skrzydła? Cóż, nawet, jeśli nasze skrzydła składają się całkiem zgrabnie i szczelnie wzdłuż pleców, to i tak niezbyt wygodnie śpi się na nich. Dlatego leżymy głównie na brzuchu lub na boku. Ot, taka poufna informacja na nasz temat dla ciebie.
W tym momencie leżałam na brzuchu, moja głowa zwisała z krawędzi łóżka, które dzieliłam z Angelą. Kuks wygrała w zeszłym roku nagrodę Członka Stada Najprawdopodobniej Powodującego Obrażenia Kopiąc Podczas Spania Razem, dlatego jej dostało się osobne łóżko.
Rozłożyłam lekko skrzydła, żebym mogła sięgnąć po gałązkę, która utkwiła mi między lotkami drugorzędowymi. Oto rzeczy, o których właśnie myślałam:
1. Kto jest tym nowym zagrożeniem,
2. Pokaz lotniczy w Mexico City,
3. Moja mama i siostra przyrodnia, Ella,
4. Jak przekonać Totala, by przestał użalać się nad swoim ogonem, ponieważ miałam już tego dość,
5. Kieł,
6. Kieł,
7. Kieł.
Dorastałam z Kłem od samego początku, gdy nasze psie klatki były ułożone obok siebie w laboratorium zwanym Szkołą. Wiem, to tylko kolejna typowa romantyczna historia o chłopaku mieszkającym obok.
Potem zostaliśmy uratowani przez złego faceta, który zrobił się dobry, potem znowu zły, później z powrotem dobry i tak nie wiem ile razy - a ja i Kieł byliśmy jak rodzeństwo, z resztą stada ukryci w górach Kolorado.
Wtedy Jed (patrz akapit wyżej) zniknął, a ja zostałam przywódcą stada. Może dlatego, że byłam najstarsza. Albo najbardziej bezwzględna. Lub najlepiej zorganizowana. Nie mam pojęcia. W każdym razie byłam przywódcą, a Kieł był moją prawicą.
Przez ostatni rok wszystko zaczęło się zmieniać. Kieł zaczął interesować się dziewczynami (patrz Rude Cudo, tom drugi), i wkurzało mnie to. Ja poszłam na swoją pierwszą randkę z chłopakiem (prawdopodobnie złym, nie jestem pewna), a Kłowi się to nie podobało. Następnie, w zeszłym miesiącu zaczął świetnie dogadywać się z doktor Brigid Dwyer, dwudziestojednoletnią naukowiec, która była częścią zespołu badawczego w krainie lodu i śniegu. I - skumaj to - ona tak jakby z nim flirtowała. A on przecież jest - przynajmniej w teorii - tylko dzieckiem!
W środku tego wszystkiego, Kieł mnie pocałował. Kilka razy. Dlatego teraz byłam przerażona, omamiona, zlękniona, zmartwiona, tęskna - a także zła na niego, że zaczął to wszystko. Ale już się stało i się nie odstanie (znowu, jego wina).
A teraz próbowałam rozczesać włosy, wiesz, kiedy myślałam o tym, patrząc na swoje lustrzane odbicie, zastanawiając się, czy jestem ładna. Ładna! Jeszcze rok temu, kiedy włosy zaczynały wpadać mi do oczu, po prostu obcinałam je kuchennym nożem. Jedyną rzeczą, o której myślałam, dobierając ubrania było to, czy nie będą mi ograniczały ruchów podczas potencjalnej walki. A Kieł był moim najlepszym przyjacielem i doskonałym wojownikiem.
A teraz wszystko poleciało na łeb, na szyję.
- Jesteś naprawdę ładna, Max - odezwał się cichy głosik obok mnie.
Wcisnęłam twarz w poduszkę, by powstrzymać potok niezbyt wyrafinowanych słów. Nie ma to jak myśleć o osobistych rzeczach pół metra od kogoś, kto czyta w myślach.
Tak. Wraz ze skrzydłami, sokolim wzrokiem i nietypowym kośćcem, ci sami obłąkani naukowcy, którzy nas stworzyli, dali nam również potencjał do nagłego rozwoju różnych zdolności. Iggy rozpoznaje kolory dotykiem. Kuks umie przyciągać metal oraz zhackować każdy komputer. Kieł potrafi nieźle wtapiać się w tło tak, że staje się praktycznie niewidoczny. Gazik posiada umiejętność naśladowania w 100 procentach każdego dźwięku. Jego inna umiejętność jest obecnie tematem tabu. A ja potrafię latać o wiele szybciej niż pozostali oraz słyszę Głos w swojej głowie. Nie chcę teraz o tym mówić.
Ale Angela była genetycznym trafem w dziesiątkę. Umie oddychać pod wodą, rozmawiać z rybami, zmieniać kształty i czytać w myślach. Mówimy o sześcioletniej dziewczynce. I, jak może wiesz, sześciolatki są znane z tego, że posiadają umiejętność doskonałego wyrokowania i podejmowania decyzji.
- Masz fajne włosy i naprawdę ładne oczy - Angela oznajmia poważnie.
Odwróciłam się trochę.
- Tak. Brązowe i brązowe. - Wspominałam, że Kieł lubi rude włosy? Chyba tak.
- Nie, masz we włosach trochę jasnych pasemek - poinformowała mnie Angela. - A twoje oczy są jak... pamiętasz te czekoladki, które kupiłyśmy we Francji? Te z alkoholem, o którym nie wiedzieliśmy, dlatego Gazik zjadł z milion, a potem wymiotował całą noc? Te czekoladki?
Nieważne, jak bardzo próbowałam zapomnieć o tym incydencie, musiał on wrócić w całej swojej okazałości.
- Kolor moich oczu jest jak zwymiotowane czekoladki? - ogarnęła mnie rozpacz. Nie ma nadziei dla przeklętych.
- Nie, jak czekoladki, zanim zostały zwymiotowane - wyjaśniła Angela.
Taki właśnie jest poziom mojego uroku osobistego - brązowe włosy i oczy, niczym niezwrócone czekoladki. Ja to jestem szczęściarą.
- Max, - zaczęła Angela - przecież wiesz, że Kieł jest najlepszym facetem na świecie. I on cię kocha. Bo ty jesteś najlepszą dziewczyną.
Chciałam się jej zapytać, skąd niby to może wiedzieć, ale wtedy mnie olśniło: to nie były bezpośrednie słowa Angeli. Przeczytała to w myślach Kła.
- Wszyscy kochamy siebie nawzajem, Angela - sprostowałam niecierpliwie, coraz bardziej wkurzając się tą całą rozmową.
-Ale nie tak - odrzekła - Kieł cię kocha.
Oto mój mały sekret, o którym możecie nie wiedzieć: nie potrafię znieść niektórych emocji. Nie cierpię płakać. Nienawidzę być smutna. Ale też nie mam bzika na punkcie uczucia szczęścia. Wrażliwość, tęsknota, terror - tego właśnie najbardziej chcę nie odczuwać. Chciałabym się tego pozbyć, tak, jak pozbyłam się chipa (tom trzeci; nie będę tego wyjaśniać, bo nie starczyłoby mi życia).
Ale w tej chwili najbardziej chciałam tego, żeby Angela w końcu się zamknęła.
- Okej, może powinnam dać mu szansę - powiedziałam, przewróciłam się na bok i zamknęłam oczy.
- Może powinnaś dać mu trochę więcej niż jedną szansę - nalegała Angela.
Moje oczy się otworzyły, ale nie śmiałam nawet myśleć, o co mogło jej chodzić.
- On mógłby być twoim chłopakiem - ciągnęła z nieznośnym uporem. - Moglibyście się pobrać. Ja byłabym druhną, a Total rozrzucałby płatki kwiatów.
- Jestem tylko dzieckiem! - Wrzasnęłam. - Nie mogę wyjść za mąż!
- Możesz, na przykład w New Hampshire.
Szczęka mi opadła. Skąd ona to wie?
- Zapomnij! Nikt nie bierze ślubu! - Syknęłam. - Ani w New Hampshire, ani gdziekolwiek indziej! A teraz idź spać, zanim cię zabiję!
Cudem byłoby, gdybym po tej całej rozmowie mogła jeszcze zasnąć.

Rozdział 5-skopiowane

- Chcę się tylko dowiedzieć, czy naprawdę zgłoszenie się ten jeden, jedyny raz do programu Oprah byłoby aż takim końcem świata? - Kuks skrzyżowała ręce na karku, spoglądając na mnie.
 - Nie - odpowiedziałam ostrożnie - ale ten koniec świata jest mniej ważny od tego końca świata, który stale nam grozi.
 Dla tych, co jeszcze nie nadążają za akcją, informuję: moją życiową misją jest uratowanie świata. Bez presji ani niczego.
 - Ja chcę być figurką akcji - oznajmił Gazik.
 - Ludzie - upomniałam ich, pocierając skroń - nie pamiętacie, co się stało zaledwie cztery dni temu? Świst kul, snajper, eksplodujący budynek?
 - Ja na pewno nie zapomnę - obruszył się Total, spoglądając na swój ogon.
 Moje morze cierpliwości, które nie było głębokie nawet w najlepsze dni, stało się jeszcze płytsze.
 - Moim zdaniem - zaczęłam - najwyraźniej ktoś nadal chce naszej śmierci. Tak, nasze pokazy lotnicze dla KPS były wielkimi hitami; byli tam ludzie, którzy akceptowali to, że jesteśmy... inni, ale wciąż jesteśmy w niebezpieczeństwie. Zawsze będziemy w niebezpieczeństwie.
 - Jestem już zmęczona tym ciągłym byciem w niebezpieczeństwie! - Rozpłakała się Kuks. - Nienawidzę tego! Chciałabym po prostu...
 Nie dokończyła, ponieważ nie miała po co kontynuować. Powstrzymując się od jeszcze większego płaczu, opadła na hotelowe łóżko. Usiadłam obok niej i pogłaskałam ją po plecach, między skrzydłami.
 - Wszyscy tego nienawidzimy - powiedziałam cicho. - Ale dopóki nikt nie może mi udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że jesteśmy bezpieczni, muszę podejmować decyzje, które pozwolą nam mniej więcej utrzymać się w jednym kawałku. Tak, wiem, że to ssie.
 - À propos rzeczy, które ssą - wtrącił się Kieł - moim zdaniem powinniśmy na amen porzucić te pokazy lotnicze.
 - Ja tam lubię pokazy lotnicze - stwierdził Gazik.
 Młody leżał na podłodze, w połowie pod stolikiem do kawy. Moja mama zdobyła dla niego kilka małych samochodzików Transformers, którymi się teraz bawił, udając odgłos silnika. Tak, może i umiał walczyć wręcz lepiej niż niejeden dorosły mężczyzna oraz potrafił skonstruować materiały wybuchowe właściwie z niczego, ale wciąż miał osiem lat. No, mniej więcej.
 Zawsze o tym zapominam.
 - Ja też je lubię - powiedziała Kuks. Jej splątane włosy utworzyły wachlarz wokół jej głowy. - Przez nie czuję się jak sławna gwiazda filmowa.
 - One nie są bezpieczne - odrzekł Kieł stanowczo.
 Byłam rozdarta. Snajper, który do mnie strzelał okazał się być nową formą cyborga/człowieka - na to wskazywała część jednej z jego rąk. Zamiast dłoni miał automatyczny pistolet połączony bezpośrednio z mięśniami i nerwami. W rzeczywistości to nie budynek eksplodował, gdy byliśmy blisko niego - tylko właśnie snajper. Wysadził się w powietrze, abyśmy nie mogli go złapać, ani nawet dokładnie zobaczyć.
 Na pewno nie przyczepił sobie tej broni samodzielnie. Ktoś musiał go stworzyć. Ten ktoś ciągle jest na wolności i prawdopodobnie teraz tworzy więcej mutantów.
 Z drugiej strony... KPS bardzo liczyło na to, że kontynuujemy pokazy lotnicze. Miały one miejsce w najbardziej zanieczyszczonych miastach na świecie: Los Angeles, Sao Paulo, Moskwie, Pekinie. Do tej pory odnieśliśmy wielki sukces, a KPS rozdało tony kart i ulotek edukujących ludzi na temat zanieczyszczeń i gazów cieplarnianych.
 Moja mama była członkiem KPS. Nigdy nie chciała narażać nas na niebezpieczeństwo, ale... ja nie chciałam jej zawieść. Ona uratowała mi życie kupę razy. Pomagała stadu jak mogła. Było to jedyną rzeczą, o którą nigdy się mnie nie pytała. Jak mam jej powiedzieć, że chcę zrezygnować?
 - A może nadal będziemy robić pokazy lotnicze, ale ze zwiększonym bezpieczeństwem - zaproponowałam powoli.
 - Nie - odparł Kieł.
 Dobra. Może i jestem niesamowita w wielu aspektach, ale wiem też, że mam parę drobnych wad. Jedną z nich jest za przykład moja reakcja, gdy ktoś na wszystko, co mówię, odpowiada "nie".
 Można by pomyśleć, że Kieł powinien już o tym dawno wiedzieć.
 Podniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy. Stado, mądrzejsze od przeciętnego gangu uskrzydlonych niedźwiedzi, znieruchomiało.
 Powoli podniosłam się i podeszłam bliżej do Kła. Kątem oka zauważyłam, jak Total wśliznął się pod łóżko, a Gazownik szybko wepchnął Iggy'ego do pokoju chłopców i zatrzasnął drzwi.
 Do zeszłego roku byłam wyższa od Kła i Iggy'ego. Teraz nie dość, że mnie dogonili, to jeszcze przerośli o kilka cali, czego nienawidziłam. Kieł spojrzał na mnie z góry. Jego oczy były tak ciemne, że nie widziałam, gdzie ma źrenice.
 - Co? - spytałam, zwodniczo łagodnie. Zobaczyłam błysk różowego tutu Angeli, gdy razem z Kuks powoli wycofywały się do pokoju chłopców.
 - Te pokazy lotnicze są zbyt niebezpieczne - odpowiedział Kieł równie łagodnie.
 Usłyszałam, jak drzwi łączące oba pokoje zamykają się z ostrożnością ofiary próbującej nie przyciągnąć uwagi drapieżnika.
 - Nie mogę zawieść mamy - byłam tak blisko, że dokładnie widziałam jego gęste rzęsy i złote błyski w jego oczach.
 Wypuścił powoli powietrze i zacisnął dłonie.
 - Jeszcze tylko jeden pokaz - zaproponowałam. Jego ręce się rozluźniły, gdy rozważał tą opcję.
 -Okej - powiedział, zaskakując mnie. - Masz rację - nie chcemy zawieść KPS.
 Popatrzyłam na niego, podejrzliwie mrużąc oczy, i wtedy do mnie dotarło: doktor Brigid Dwyer, ósmy cud świata, była częścią KPS. Zaplanowała spotkanie z nami w Mexico City, na naszym kolejnym pokazie.
 To dlatego Kieł zgodził się ten jeden raz - chciał się spotkać z jego ulubionym, genialnym, młodym naukowcem.
 Poszłam sztywno do łazienki, zamknęłam drzwi i włączyłam wodę w prysznicu tak mocno, jak się dało. Następnie schowałam twarz w puszysty ręcznik i zaczęłam zawodzić niczym banshee*.

Rozdział 4-skopiowane

  Sharon i Steve oraz dwaj pozostali agenci milczeli, patrząc na nas w zaskoczeniu. Steve jednak szybko oprzytomniał.
 - Modele? - zasugerował, pewnie zważając na to, jacy jesteśmy wysocy i chudzi jak na nasz wiek.
  Prawie się posmarkałam ze śmiechu.
  - Ta. "Skrzydła są bardzo modne tego roku" - prychnęłam udając, że kogoś cytuję. - "Głównie z różnymi odcieniami różu i zieleni, taki imprezowy look!". Nie sądzę.
  Próbowałam nie zwracać uwagi na momentalnie rozczarowaną Kuks.
 - Aktorzy? - spytała Sharon.
  Total się poderwał, żując pieczołowicie kalmara, który, jeśli chcecie wiedzieć, był strasznie gumowaty.
  - Nie. - Wiedziałam, że ten wywiad zmierza na złą drogę, więc zaczęłam pochłaniać tyle jedzenia, ile mogłam zmieścić.
  - Max, to znaczy... Max - zaczął Steve, nie do końca wiedząc, jak ma się do mnie zwracać. - Krótka piłka. Możecie coś robić, być kimś. Chcecie własny film? Kolekcję figurek? Chcecie być na koszulkch? Powiedz, co mamy zrobić - możemy to załatwić.
 - Ja chcę mieć własną figurkę! - wykrzyknął Gazik, pożerając coś, co wyglądało jak mini-enchilada*.
 - O, tak! - poparł go Iggy, przybijając Gazownikowi piątkę.
 Steve uśmiechnął się, wyglądając na zrelaksowanego.
 - Hej, nie znam imion wszystkich z was. Ty, słoneczko - zwrócił się do Angeli. - Jak się nazywasz?
 - Izabela von Frankenstein Rothschild. - odpowiedziała mała, w roztargnieniu grzebiąc w zębach. Ostatnio jeden z przodu jej wypadł, dlatego w jego miejscu miała czarną dziurę. - Kupiłaś te buty na eBayu - skierowała to zdanie do Sharon, której oczy rozszerzyły się tak mocno, że chyba bardziej już nie mogły. - Ale okej - nie ma sensu kupować detalicznie, gdy płaci ci ten dusigrosz Steve.
 Ta, to moje małe czytające w myślach kochanie!
 Na parę chwil zapadła grobowa cisza. Sharon zarumieniła się i patrzyła na wszystko, tylko nie na Steve'a. Jeden z agentów odkaszlnął.
 - Ach, tak... - powiedział Steve, po czym odwrócił się do Gazika. - Co z tobą, synu? Chcesz mieć własną figurkę akcji, tak? Jak się nazywasz?
 Gazownik potaknął gorliwie, a ja obiecałam sobie w duchu, że później skopię mu za to tyłek.
  - Mówią na mnie Rekinator.
  - Rekinator - powtórzył Steve, a jego entuzjazm przygasł.
   Cóż mogę powiedzieć? Mamy pewien wpływ na dorosłych. Na inne dzieci też. No, okej, praktycznie na każdego. Jesteśmy stworzeni, by przetrwać, a nie być duszą towarzystwa.
  - Ja się nazywam Cinamon - powiedziała Kuks, oblizując palce. - Cinamon Allspice la Fever. Ta krewetka jest wspaniała.
  Steve zaczynał wyglądać na przygnębionego.
  - Mnie nazywają Białym Rycerzem - oznajmił, bezbłędnie odnajdując przekąski na tacach swoimi czułymi palcami.
  - O? A dlaczego tak? - spytała Sharon, próbując ratować sytuację.
  Iggy spojrzał w jej kierunku. Wskazał na swoje prawie białe włosy, bladą skórę oraz niewidzące, jasnoniebieskie oczy.
 - No, raczej nie będą mnie nazywać Czarnym Rycerzem.
  Kieł przez cały ten czas był cicho i się nie ruszał, dlatego praktycznie wtopił się w nowoczesną sofę, na której siedział. Wypił cztery Cole w zaledwie cztery minuty i stale sięgał do talerzy po smażone co nieco. W końcu pewnie poczuł, że wszyscy na niego patrzą, więc podniósł wzrok. Jego wyraz twarzy sprawił, że przeszedł mnie dreszcz.
  Nikt nie wyglądał jak Kieł - ciemny, spokojny i niebezpieczny, z wyzwaniem w oczach. Ale nie raz widziałam, jak opiekował się Angelą, gdy ta zrobiła sobie krzywdę. Widziałam jego uśmiech podczas snu. Widziałam głębokie, ciemne światło w jego oczach w chwilach, gdy na mnie patrzył...
 Zamrugałam parę razy i wypiłam resztkę mojego Sprite'a.
  Kieł westchnął i wytarł palce w swoje czarne jeansy. Rozglądał się po całym pokoju, na czterech agentów, na młodsze dzieciaki, które świetnie się bawiły, na Totala, który chłeptał Fantę z miski, na mnie, siedzącą w napięciu na krawędzi krzesła.
 - Mam na imię Kieł - powiedział, wstając. - I w tej chwili stąd wychodzę.
 Podszedł do przesuwnych szkalnych drzwi prowadzących na taras widokowy dwadzieścia dwa piętra nad ziemią.
 Skinęłam głową na stado i stuknęłam dwa razy w wierzch dłoni Iggy'ego. Ten podniósł się i podążył za prawie bezgłośnymi krokami Kła, lawirując bezbłędnie wśród stołów i naprawdę wielkich roślin doniczkowych.
 Kieł prześlizgnął się przez otwarte drzwi. Na tarasie było wietrznie, dlatego wystawił twarz na promienie słoneczne. Ponaglił resztę stada, a potem odwrócił się i pomachał niepewnie do czterech Hollywoodzkich agentów, krórzy patrzyli na nas z otwartymi ustami.
  - Dzięki - rzuciłam, balansując na skraju tarasu, kiedy dzieciaki startowały jeden po drugim, skacząc i rozwijając skrzydła niczym miękkie i nierówne na krawędziach żagle. - Ale nie, dzięki.
 Wtedy rzuciłam się w dół, na świeże powietrze, czując, jak przeczesuje ono moje włosy i pióra. Skrzydła wznosiły mnie przy każdym zamachnięciu o cztery metry wzwyż.
 Chcieliśmy tylko wyciąć się z tego medialnego cyrku głupoty.
 Ale to pewnie już wiecie.

Rozdział 3-skopiowane

  TRZY DNI PÓŹNIEJ...
  Tutaj, w przypadkowej kolejności, umieściłam mocno skróconą listę rzeczy, które sprawiają, że jestem nerwowa:
1) Przebywanie w zamkniętych pomieszczeniach, prawie wszędzie,
2) Miejsca, z których nie można łatwo uciec,
3) Ludzie, którzy obiecują nam masę "korzyści" i zakładają, że nie zauważam tego, że tak naprawdę to oni chcą mieć profit ze mnie,
4) Bycie wystrojoną.
  Więc nie trzeba się zbytnio przemęczać, by wyobrazić sobie, jak zareagowałam na wieść o naszym spotkaniu w Hollywoodzkiej agencji talentów.
-Proszę, wchodźcie. - powiedziała najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widziałam. Błysnęła swoimi lśniącymi, białymi zębami i odrzuciła kasztanowe włosy, gdy przechodziliśmy przez ciężkie drewniane drzwi. - Jestem Sharon. Witajcie!
  Zauważyłam, że próbowała nie zwracać uwagi na nasze liczne stłuczenia, blizny i otarcia. Nic dziwnego, jak było się w odległości dwóch metrów od miejsca wybuchu, to jest się trochę poobijanym. Fakt z życia.
  Byliśmy w biurowcu w Hollywood. Jeśli jesteście z nami od samego początku naszej pełnej akcji przygody, to wiecie, jakie mamy wspomnienia z tego typu pomieszczeń. Jest to ostatnie miejsce, do którego chciałabym się dostać. No, zaraz po lochach i szpitalach, ale takich z klatkami i laboratoriami naukowymi.   Z całym przekonaniem można nazwać mnie dziwakiem.
Pewien członek KPS miał przyjaciela, który miał przyjaciela, który miał kuzyna, który się ożenił z kimś, kto wiedział co nieco o tej olbrzymiej, bardzo ważnej Hollywoodzkiej agencji talentów i zgłosił nas na ochotnika do rozmowy, i to bez naszej wiedzy. KPS pomyślało, że my, latające dzieci, możemy wykonać wybuchową pracę, czyli rozgłosić działalność koalicji. Z naciskiem na wybuchową, ponieważ snajper, który chciał mnie zabić, popełnił samobójstwo. Ale o tym później.
- Wchodźcie, wchodźcie! - niski, łysy facet w krzykliwym garniturze pomachał nam z wielkim uśmiechem, co podniosło mój poziom zagrożenia z koloru żółtego na pomarańczowy. - Jestem Steve Blackman.
  W sumie w biurze były cztery osoby. Trzech facetów i Sharon z tymi jej świetnymi włosami. Zamrugała, gdy Total potruchtał do nas. Mały, biały bandaż wciąż pokrywał czubek jego ogona. Zdaje mi się, że on bardziej rozpaczał z powodu swojej małej ranki niż ja z powodu połamanych żeber.
- Dobry Boże - wybełkotał Total, patrząc na kobietę. - Ona nie może być prawdziwa.
- Max! - powiedział Steve, wyciągając do mnie rękę. - Mogę mówić do ciebie Max?
- Nie. - zmarszczyłam brwi i patrzyłam na jego rękę, dopóki nie wziął jej z powrotem.
  Pozostali faceci przedstawili się i staliśmy tam po prostu, z kamiennymi twarzami. Nagle Kuks lekko się uśmiechnęła. Uwielbiała takie sytuacje. Jak zawsze miała na sobie spódnicę. Angela ubrała różowe tutu na jeansowe spodnie. Moje ubrania były wyjątkowo czyste i bez plam krwi, co, jak dla mnie, wyglądało dość nienaturalnie.
- Dobrze! - odezwał się Steve, zacierając ręce. - Usiądźmy i dowiedzmy się czegoś więcej, co? Chcecie coś do picia? Jesteście głodni?
- Zawsze jesteśmy głodni - powiedział Gazownik poważnie.
Steve spojrzał na nas zaskoczony.
- Ach, tak, oczywiście! Dorastające dzieci! - mężczyzna bardzo próbował nie spoglądać na nasze skrzydła, z ograniczonym sukcesem. Wyciągnął rękę i nacisnął przycisk na swoim biurku, który był praktycznie tak duży, że mógł na nim lądować helikopter. - Jeff? Mógłbyś przynieść coś do picia i jedzenia? Dziękuję.
- Proszę, usiądźcie. - powiedziała Sharon, odrzucając włosy do tyłu.                     Odnotowałam sobie w pamięci, że następnym razem, gdy znajdę się w pobliżu lustra, powinnam to przećwiczyć. Wydaje się to bardzo przydatną umiejętnością, zaraz po kopniakach z półobrotu.
  Usiedliśmy, upewniwszy się wcześniej, czy nikt się do nas nie podkrada i nie spróbuje zaatakować. Byłam tak zdenerwowana, że chętnie uciekłabym stamtąd w podskokach.
  Młody mężczyzna we fioletowej pasiastej koszuli wszedł do biura z tacą napojów gazowanych, szklankami lodu i malutkimi przekąskami na kilku talerzach.
- Przyniosłem tapas*- oznajmił i kontynuował, wskazując następne talerze. - tutaj jest kalmar, a tutaj...
- Stokrotne dzięki, Jeff. - Steve wtrącił się z uśmiechem. Jeff wyprostował się i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. Zaraz potem rzuciliśmy się na jedzenie jak hieny. Steve odwrócił się do nas z powrotem, patrząc na nas z takim entuzjazmem, aż zastanawiałam się, ile kawy wypił dzisiaj rano. - No więc! Chcielibyście zostać wielkimi gwiazdami, co?
- Boże, nie! - krzyknęłam, prawie plując okruszkami. - Nie ma mowy!
Co dziwne, brzmiało to jak wrzucenie małego klucza francuskiego do rozmowy.

Rozdział 2-skopiowane

W mgnieniu oka obróciłam się o całe 360 stopni, nurkując po Totala, a także wykonując wymijające manewry, co, jeśli chcecie znać smutną prawdę, miałam okazję już podszkolić.
-Rozproszyć się! - zawołałam. - zejść z linii ognia!
  Wszyscy się zerwaliśmy, nasze skrzydła poruszały się szybko i energicznie, gdy nabieraliśmy wysokości jak rakiety. Słyszałam dochodzący z dołu aplauz-pewnie publiczność myślała, że to część pokazu. Potem spojrzałam w dół na wiotkiego czarnego psa w moich ramionach.
-Total! - powiedziałam, niosąc jego małe i kruche ciało. - Total!
  Piesek zamrugał i jęknął:
-Dostałem, Max. Mają mnie. Żyć krótko, umrzeć młodo i pozostawić po sobie zmasakrowane ciało, nie?
  Okej. Według mnie, jeśli naprawdę się dostało albo poważnie zraniło, nie mówiłoby się zbyt dużo. Może kilka nieskładnych zdań. Albo jakieś pomrukiwania. Ale na pewno nie przytaczałoby się długich i treściwych cytatów.
  Szybko przeszukałam jego ciało w poszukiwaniu ran. Jego uszy, jak i pysk wyglądały na nienaruszone. Obmacałam jego skrzydła, które wciąż wydawały mi się za małe, by z łatwością utrzymać go w górze. Jaskrawoczerwona krew poplamiła mi rękaw, ale jak dotąd nie znalazłam postrzelonego miejsca.
-Powiedz Akili... - wysapał Total. Jego powieki trzepotały na wietrze. - Powiedz jej, że ona była zawsze tą jedyną.
  Akila była samojedką, dla której Total chciał wrócić na Wendy K., łódź, na której żyliśmy wraz z gronem naukowców w drodze na Antarktydę.
-Nie mam do nikogo żalu - ciągnął słabo. - to prawda, myślałem o karierze w teatrze, ale teraz na zawsze ta nadzieja znikła. Wiem, że to było po prostu szalone marzenie, ale chciałbym choć raz zagrać Dane'a przed śmiercią.
-Zagrać.. co? - spytałam z roztargnieniem, sprawdzając jego żebra. Nic złamanego. - To jakaś postać?
  Total jęknął i zamknął oczy.
  Wtedy to znalazłam: źródło krwawienia, miejsce, gdzie został postrzelony.
-Total? - powiedziałam, trochę kwiląc. - masz małe ała na ogonku.
-Co? - otworzył oczy i obrócił się, by spojrzeć na swój krótki ogon. Pomerdał nim eksperymentalnie, a na jego twarzy pojawiło się oburzenie, gdy uświadomił sobie, że na jego czubku brakuje trochę mięsa. - Dostałem! Ja krwawię! Ci łajdacy za to zapłacą!
-Myślę, że bandaż to jedyna rzecz, której teraz potrzebujesz - odparłam, usiłując zachować poważny wyraz twarzy.
  Kieł podleciał trochę bliżej, z niezwykłym wdziękiem, niczym czarna pantera ze skrzydłami.
O, Boże. Jaka jestem głupia. Zapomnijcie, co właśnie powiedziałam.
- Co z nim? - spytał, wskazując skinieniem na Totala.
-Potrzebuje tylko bandażu - powiedziałam. Nasze spojrzenia się spotkały, pełne tłumionego humoru, wsparcia, zrozumienia, miłości...
O tym też zapomnijcie. Nie wiem, co się ze mną dzieje.
-Mam tego snajpera. - oznajmił, wskazując na dół.
Przestawiłam się na tryb bitewny.
-Jeden snajper czy cała flotylla?
-Widzę tylko jednego.
Uniosłam brew.
-Czyli to znaczy, że nie jesteśmy już warci poświęcenia całej armii? - spojrzałam na Totala. - Dobra, teraz musisz lecieć o własnych siłach.
  Total odebrał to z godnością, rozpostarł skrzydła i wyskoczył niezdarnie z moich ramion. Zatrzepotał nimi szaleńczo, a potem z większą pewnością siebie wzleciał w górę.
-Co jest? - Iggy leciał przez chwilę na prądzie wznoszącym, ale teraz dołączył do nas.
-Totalowi nic się nie stało - zaraportowałam. - Jeden snajper pod nami. Teraz musimy się go pozbyć.
  Musnęły mnie śnieżnobiałe skrzydła Angeli. Mała obdarzyła mnie słodkim uśmiechem, który stopił moje serce, ale próbowałam pamiętać, że to dziecko ma wiele warstw i nie wszystkie zasługują na słodycze i róże.
-Dziękuję, baranku. - powiedziałam, a ona wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
-Poczułam, że coś złego miało się stać - oznajmiła. - Możemy teraz dopaść tego gościa?
-Zróbmy to - odparłam, po czym zapikowaliśmy w dół. Wśród wielu genetycznych ulepszeń dokonanych przez fartuchów dostaliśmy też w pakiecie ponadprzeciętny wzrok. Przeczesałam wzrokiem ziemię kilometr pod nami w poszukiwaniu miejsca, które wskazał Kieł.
  Zobaczyłam go: samotny facet w oknie budynku w pobliżu bazy lotniczej.           Śledził nas, więc zaczęliśmy robić uniki, nagle wzlatywać w górę, potem w dół, wytaczając różne trajektorie lotu, starając się, by było to jak najmniej przewidywalne.
-W okno? - spytał Kieł. Skinęłam głową.
-Ig, leć w dół pod kątem około trzydziestu pięciu stopni, a potem na godzinę szóstą - powiadomiłam go. Dlaczego daję instrukcje tylko Iggy'emu? Ponieważ tylko on jest ślepy, ot, dlaczego.
  Poruszaliśmy się szybko, bardzo szybko, z taką trajektorią, że za osiem sekund spodziewałam się zderzenia z oknem, za którym stał snajper.                   Praktykowaliśmy to już nie raz - wlatywaliśmy przez otwarte okna, jeden po drugim. Było to bardziej zabawą niż jakimś aktem desperacji.
  Dwie rzeczy na tym świecie często wyglądają bardzo podobnie.
  Siedem, sześć, pięć, liczyłam cicho.
  Gdy dotarłam do czterech, okno eksplodowało od środka, a ja poleciałam na łeb, na szyję.

Rozdział 1-skopiowane

I jeden, i dwa - powiedziała Kuks, pochylając się pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Jej płowe, rudobrunatne skrzydła lśniły ciepło w popołudniowym słońcu.
  Za nią Gazownik wydał dźwięk przypominający hamulec, gdy opuścił nogę i drastycznie zwolnił.
-Hej, patrzcie na mnie! - zawołał, składając skrzydła i nadając ciału nieopływowy kształt. Jasne włosy ośmiolatka stanęły mu na głowie, gdy poleciał w dół.
Przewróciłam oczami.
- Gazik, trzymaj się choreografii! - chłopiec spadał szybko, więc musiałam wrzeszczeć, żeby mnie usłyszał. - To płatna praca! Nie wygłupiaj się!
  Okej, przeważnie płacili nam w donatach, ale mniejsza o to.
Nawet z tej wysokości słyszałam, jak publiczność wstrzymuje oddech, zauważywszy, że jeden z nas spada w dół jak kamień. Dałam Gazikowi pięć sekund, zanim polecę po
niego na dół. Jeden... dwa...
  Nie byłam pewna co do wzięcia udziału w tym całym pokazie lotniczym, ale jak miałabym odmówić mojej własnej mamie? Po ostatnich "pracujących wakacjach"
  w Ant-cholernej-arktydzie, moja mama i grupa naukowców stworzyła organizację o nazwie Koalicja Przeciwko Szaleństwu, w skrócie KPS. Zasadniczo, próbują oni powiedzieć całemu światu
o niebezpieczeństwie ukrytym w zanieczyszczeniu środowiska, o gazach cieplarnianych, zależności od zagranicznej ropy naftowej i tym podobnych.
  W chwili obecnej ponad tysiąc naukowców, nauczycieli, senatorów i zwykłych ludzi angażuje się w KPS. Jeden z członków-nauczycieli wyszedł z inicjatywą zrobienia
air-show, by jeszcze bardziej rozpowszechnić działalność koalicji. Myślałam, że wystąpią Blue Angels albo Schmue Angels, ale pokaz lotniczy zmutowanych, latających dzieci?
  Proszę was! Kto powiedział, że w ogóle się zgodzimy?
  Tak więc tu jesteśmy, latając w perfekcyjnych formacjach, wykonując triki, powietrzny taniec, la la la, nas sześciu i Total, którego skrzydła już w pełni się rozwinęły.
  Przynajmniej mógł latać, ale nie był do końca sprawny jak Barysznikow*.            Gdyby Barysznikow był małym czarnym terierem szkockim ze skrzydłami, to może tak.
  Kiedy policzyłam do czterech, Gazownik zakończył swój swobodny spadek i z powrotem wzniósł się wyżej, ze szczęściem malującym się na naprawdę czystej twarzy.
  Współpraca z KPS przynosiła też pewne korzyści, przede wszystkim jedzenie i przyzwoite miejsce do spania. I, oczywiście, widzenie się z moją mamą, czego nigdy nie będę miała dość,
po przeżyciu pierwszych czternastu lat bez wiedzy o tym, że ona istnieje (Opowiadałam o tym wszystkim we wcześniejszych książkach, jeśli chcesz, to idź kupić).
-Hej - powiedział Kieł, zrównując się ze mną.
  Moje serce lekko podskoczyło, gdy zobaczyłam, jak słońce odbiło się w jego czarnych jak noc skrzydłach. Takich jak jego oczy. I włosy.
-Musisz być takim sztywnym dziwakiem?- zapytałam go mimochodem, odwracając wzrok.
  Kieł uniósł kącik ust. Była to jego wersja niepohamowanego, głośnego śmiechu. Wzruszył ramionami.
-To praca.
-Ta. Do momentu, gdy nie będą się przejmować pracą nieletnich - zgodziłam się.
  Jesteśmy trochę dziwną bandą, moje stado i ja. Kieł, Iggy i ja mamy po 14 lat, mniej więcej. Oficjalnie, technicznie, prawnie, jesteśmy nieletni. Ale żyjemy zdani tylko na siebie
już od lat i zwykłe prawa opieki nad dziećmi wydają się nie mieć u nas zastosowania. Jeśli dłużej o tym pomyśleć, wiele praw wydaje się nas nie dotyczyć.
  Kuks ma w przybliżeniu jedenaście lat. Gazownik osiem. Angela ma gdzieś około sześciu. Nie mam pojęcia ile lat ma Total i jak przelicza się ludzkie lata na psie, i szczerze
mówiąc nie obchodzi mnie to.
  Nagle, nie wiadomo skąd, Angela spadła na mnie z jej osiemnastoma kilogramami pierzastej zabawy.
-Hej! Co robisz? - zawołałam, spadając pół metra w dół. Wtedy to usłyszałam: wysoki, aż nazbyt znajomy świst pocisku przelatującego tuż obok mojego ucha, wystarczająco blisko, by zdmuchnąć kosmyk moich włosów na bok.
  W następnej sekundzie Total zapiszczał przeraźliwie, wirując w powietrzu, a jego małe czarne skrzydła trzepotały gorączkowo. Szybka reakcja Angeli uratowała mi życie.
  Ale Total został postrzelony.

Prolog-skopiowany

Devin spojrzał na swoje prawe ramię, dokładniej na swój nadgarstek. Obliczenie trajektorii zajęło mu mniej niż milisekundę-nie miał wbudowanego komputera, ale 220 IQ
bardzo dobrze go zastępowało.
  Wciągnął powoli powietrze i je wypuścił, ściskając spust broni między oddechami, między biciem serca. Zmarszczył swój czuły nos, gdy wyczuł wszechobecny smog
pokrywający Los Angeles i wypełniający jego płuca. Nienawidził myśleć, co zanieczyszczenia robią z jego komórkami mózgowymi, ale akceptował to dla samego czynienia zła. Jego jasne oczy fachowo namierzyły obiekty latające nad jego głową: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Siedem? Znalazł siódmy obiekt, ale szybko uznał go za nieważny.
Obecnie wszystkie były nieważne. Wszystkie oprócz jednego. Jednego na przedzie.
  Wiedział, że mają wzrok drapieżców. On sam miał niezwykły wzrok, co było dla niego bardzo dobre. Mimo wszystko celownik broni Devina, przyczepionej do jego nadgarstka
nie dopuszczał do najmniejszego błędu. On nigdy nie zawiódł.
  Dlatego właśnie jego zachowano. Na misje specjalne, takie jak ta.
  Wiele, wiele jego poprzedników już zawiodło w tym zadaniu. Devin czuł do nich wyjątkową pogardę. Zabicie jednego dziecka-ptaka: co w tym trudnego? Mieli zabawnie
kruchą ludzką naturę. Nie wyglądali na kuloodpornych.
  Devin jeszcze raz spojrzał na rękę, i, obserwując swoją ofiarę, mierzył do niej starannie z celownika, jakby chciał ją przypiąć do nieba. Stado leciało, doskonale rozstawione
w łuku nad jego głową, z obiektem zwanym Maximum na froncie i otoczonym dwoma większymi mężczyznami. Potem mniejsza dziewczyna. Później mniejszy chłopiec, a na samym końcu
najmniejsza dziewczynka.
  Mały czarny obiekt, nie wyglądający na dziecko-ptaka, usiłował nadążyć za resztą. Devin nie musiał go indetyfikować-nie było go w jego aktach. Pierwsza rzecz, którą mógł
sobie wyobrazić, to jakby ktoś przyczepił skrzydła małemu psu lub czemuś, co go przypominało.
  Ale Max była jedyną rzeczą, na której się koncentrował. To ją miał zabić, tą Max, którą właśnie trzymał na muszce swojej broni.
  Devin westchnął i opuścił ramię. To by było zbyt łatwe. I nie byłoby fair. On uwielbiał pościgi, polowania, błyskawiczne skrzyżowanie szczęścia i umiejętności, które pozwalały
mu na wykorzystanie swojej doskonałości i niezawodności.
  Spojrzał w dół na to, co kiedyś było jego ręką. Można się przyzwyczaić do tego, że nie posiada się już prawego ramienia, i było to zaskakująco łatwe, ponieważ żył ze świadomo
ścią, że zamiast niego ma ukochaną broń.
  Nie było to prymitywne połączenie broni typu Glock 18 z amputowaną kończyną. Wyglądało to znacznie bardziej elegancko, bardziej jak cud projektowania i pomysłowości.
Ta broń była częścią jego psychiki, była wrażliwa na jego nawet najmniejszą myśl, uruchamiana przez prawie niezauważalny nerw w interfejsie pomiędzy jego ramieniem a strzelbą.
  Był żywym dziełem sztuki. W odróżnieniu od dzieci-ptaków latających nad nim.
  Devin widział plakaty i reklamy. Ci naiwni, czyniący dobro idioci z Koalicji Przeciwko Szaleństwu zorganizowali ten cały pokaz lotniczy, tą demonstrację dla "wyewoluowanych" ludzi.
  Błąd. Dzieci-ptaki były nieprzemyślanymi wypadkami. On, Devin, był prawdziwym wyewoluowanym człowiekiem.
  Fanatycy KPS marnowali swój czas-wszyscy inni też. Używanie dzieci-ptaków do promowania ich własnego programu było zwykłą samolubną, krótkowzroczną wizją. Manipulacja
i wykorzystywanie pomniejszych żywych istot, by "uratować" inne, jeszcze mniejsze istoty żywe? To chyba jakiś żart.
  Żart, który nie powinien być popełniony przez to stado eksperymentów. Stado, które nie powinno przeżyć bez przywódcy
  Devin jeszcze raz podniósł ramię, zamknął lewe oko i spojrzał przez celownik broni. Przesunął swój Glock o milimetr w lewo i szybko wytropił cel, ponieważ ten właśnie zakreślił łuk na niebie.
  Jeden wdech, jeden wydech. Jedno uderzenie serca, potem drugie, no i jazda..
Na tym blogu będę tłumaczyła książkę pt. "MAX: A Maximum Ride Novel". Tłumaczenie jest nieoficjalne!!! Przeznaczone TYLKO I WYŁĄCZNIE DO UŻYTKU DOMOWEGO. Pierwsze 9 rozdziałów skopiuję z bloga pod adresem: http://maxmaximumride.bloog.pl/?smoybbtticaid=615897
aby nie wykonywać dwa razy tej samej roboty. Zapraszam do czytania.