sobota, 14 listopada 2015

Rozdział 12

Zamieszczam rozdział 12. Nie zrozumiałam kilku rzeczy, ale mam nadzieję, że jakoś sobie poradzicie :)



Dla wszystkich, którzy uczyli się o fizjologii zwierząt, mogę potwierdzić, że istnieje bardzo dobry powód, dla którego latające stworzenia zawsze mają dwa skrzydła. Z jednym nie da się latać. (Pisało tu: „One wing doesn’t cut it.” Nie mam zielonego pojęcia, co to znaczy L) W tym czasie, analizowałam, co dokładnie się stało. Byłam około dziesięciu sekund drogi od domu, prawie umarłam. Zebrałam całą energię w moim sprawnym skrzydle i rozpaczliwie próbowałam unieść się nad ziemię, nie wyglądając przy tym jak jakiś umierający głupiec. Uniosłam się niezręcznie kilka stóp w górę, następnie opadając, jak jeden z tych zabawkowych helikopterów. To było to. Kiedy to wszystko się skończy, chciałabym umrzeć, nagle, niespodziewanie. Bez ostrzeżenia i sama. Jestem twardym dzieckiem, ale muszę przyznać, że zamknęłam oczy, kiedy byłam około 30 stóp od asfaltu, czy jakiegoś parkingu. Było mi przykro, bo być może ktoś chciał mnie znaleźć. Miałam nadzieję, że stado będzie myślało, że umarłam, a nie że tylko zaginęłam. Więc nie będą musieli mnie szukać. Pomyślałam o wszystkim co tracę, o wszystkich podjętych przeze mnie decyzjach… Bum!
-Aiiiieee!!!!
Interesujące, że kiedy spadałam na ziemię byłam cicho jak grób. Dopiero potem zaczęłam piszczeć, jak mała dziewczynka. Kiedy stałam w obliczu nadchodzącej śmierci, uderzyłam o coś. Odbiłam się ciężko od trampoliny. Coś wstrząsnęło moim rannym skrzydłem. Skrzywiłam się i wzięłam głęboki oddech i wtedy znowu się odbiłam, nie zbyt wysoko i znowu. Wyciągnęłam moje ranne skrzydło. Czułam lekką, ciepłą krew, zlepiającą moje pióra. Jeszcze kilka odbić i udało mi się wstać. Gwałtownie rozglądnęłam się dookoła. Było tu około stu  New Threat guys (nie wiem o co tu chodzi), stojących wokół trampoliny, obserwujących moje upadki, jakbym ja była myszą, a oni wszyscy kotami, patrzącymi na mnie jasnymi oczami.
-Mr. Chu chce się z tobą widzieć.-zakomunikował jeden z nich.
Zdjęli mnie z trampoliny i natychmiast otoczyli, nie dawając mi żadnych szans. Nie mogłam latać. Było ich za dużo, żebym dała radę się uwolnić. Tak prawdopodobnie wielu ludzi czuje się cały czas. To jest do bani.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 11



Nareszcie udało mi się przetłumaczyć kolejny rozdział! Nie jest do końca dopracowany, ale wiem, że bardzo długo czekaliście, więc wstawiam.

Czy wiecie, co jest najlepszym uczuciem, jakie może istnieć? Latanie samemu w nocy. Ryzykowne. Tylko ty i wiatr. Przecinając powietrze, jak miecz wznosisz się wyżej, wyżej, aż poczujesz się, jakbyś mógł chwycić gwiazdę, przyłożyć ją do piersi i spalić razem z sobą. Przypomnijcie mi kiedyś, żebym zebrała to w jeden emocjonujący, bzdurny tom wierszy, pod poetycko-brzmiącym nazwiskiem, jak Gabrielle Charbonnet de la coś tam-Schmancy. (Nie żartuję. Widziałam to nazwisko na plecaku we Francji. Biedne dziecko.) Zataczam koła na niebie. Lecę tak szybko, jak tylko potrafię. Moje skrzydła poruszają się jak tłoki, w górę i w dół, mocno i gładko. Kiedy wyczuwam prąd ciepłego powietrza, zanurzam w nim skrzydło, aby móc zatoczyć ogromne koła wielkości boiska footballowego. Wdech, wydech. Wszyscy są w domu, pogrążeni we śnie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Zamierzam wrócić, zanim ktokolwiek się obudzi i zacznie panikować, że zostałam porwana, czy coś w tym stylu. Ale teraz potrzebuję trochę czasu, przestrzeni. Po raz kolejny los stada leżał w moich rękach i po raz kolejny wydawało mi się, że tak naprawdę istnieje tylko jedno rozwiązanie. Wystarczy umieć jasno myśleć, żeby wiedzieć, że w tej sytuacji naprawdę nie mamy wyboru. Szkoła nigdy nie była realnym wyborem. Dlaczego reszta stada tego nie dostrzegała? Byliśmy stadem. Jesteśmy ostatnimi, najbardziej udanymi, wciąż żyjącymi mutantami, które udało się stworzyć w szkole. To ugruntowało nam jedną drogę w życiu, jeden los: uciekać-zawsze. Dlaczego reszta stada żyła w przekonaniu, że mamy jakikolwiek inny wybór? To tylko marnowanie czasu. Oczywiście to zawsze ja muszę być tą złą, która zniszczyła wszystkie nadzieje i marzenia. Myślicie, że lubię być uciążliwa dla stada? Nie. Wdech, wydech. I Kieł. On zazwyczaj mnie wspierał. Doceniałam to. Ale później  się zmienił i chciał tylko, abyśmy znaleźli się na bezludnej wyspie, po prostu usiedli, zjedli kokosy i zrelaksowali się, tak aby nikt nie wiedział, gdzie byliśmy. Czasami wydawało mi się, że to dobry pomysł. Ale jak długo moglibyśmy tak żyć? Wcześniej, czy później Kuks chciałaby kupić nowe buty, albo Gazownikowi zabrakłoby komiksów, albo Angela zadecydowałaby, że będzie rządziła światem i co byśmy wtedy zrobili? Dobrze. Wracając do mnie, mówię wszystkiemu nie. I Kieł. Najpierw mnie całował, a potem flirtował z Dr. Stupendous i kiedy patrzył na mnie tymi ciepłymi, czarnymi oczami…Nagle poczułam okropny ból, ból zaczął rozprzestrzeniać się od prawego skrzydła, zamroczył mi mózg. Ale skoro byłam przyzwyczajona do tego, aby nie krzyczeć z zaskoczenia lub bólu, wciąż wpatrywałam się głupio w dziwnie duży otwór, kiedy jak spirala zaczęłam spadać na ziemię. Zbyt szybko. Zostałam postrzelona. Spadałam i nie mogłam przestać.

Nie umiałam przetłumaczyć kilku ostatnich zdań (tych napisanych wytłuszczoną czcionką na zielono) więc wstawiam je w wersji angielskiej:

It took several seconds for the pain neurons to fire all the way from my right wing to my befuddled brain. And since I was conditioned to try not to scream out in surprise or pain — it’s a survival thing — I was still staring
stupidly at the weirdly big hole even as I started to spiral awkwardly down to earth, way too fast. I’d been shot. I was plummeting to the ground. And I couldn’t stop.  

Pozdrawiam.