niedziela, 6 września 2015

Rozdział 4-skopiowane

  Sharon i Steve oraz dwaj pozostali agenci milczeli, patrząc na nas w zaskoczeniu. Steve jednak szybko oprzytomniał.
 - Modele? - zasugerował, pewnie zważając na to, jacy jesteśmy wysocy i chudzi jak na nasz wiek.
  Prawie się posmarkałam ze śmiechu.
  - Ta. "Skrzydła są bardzo modne tego roku" - prychnęłam udając, że kogoś cytuję. - "Głównie z różnymi odcieniami różu i zieleni, taki imprezowy look!". Nie sądzę.
  Próbowałam nie zwracać uwagi na momentalnie rozczarowaną Kuks.
 - Aktorzy? - spytała Sharon.
  Total się poderwał, żując pieczołowicie kalmara, który, jeśli chcecie wiedzieć, był strasznie gumowaty.
  - Nie. - Wiedziałam, że ten wywiad zmierza na złą drogę, więc zaczęłam pochłaniać tyle jedzenia, ile mogłam zmieścić.
  - Max, to znaczy... Max - zaczął Steve, nie do końca wiedząc, jak ma się do mnie zwracać. - Krótka piłka. Możecie coś robić, być kimś. Chcecie własny film? Kolekcję figurek? Chcecie być na koszulkch? Powiedz, co mamy zrobić - możemy to załatwić.
 - Ja chcę mieć własną figurkę! - wykrzyknął Gazik, pożerając coś, co wyglądało jak mini-enchilada*.
 - O, tak! - poparł go Iggy, przybijając Gazownikowi piątkę.
 Steve uśmiechnął się, wyglądając na zrelaksowanego.
 - Hej, nie znam imion wszystkich z was. Ty, słoneczko - zwrócił się do Angeli. - Jak się nazywasz?
 - Izabela von Frankenstein Rothschild. - odpowiedziała mała, w roztargnieniu grzebiąc w zębach. Ostatnio jeden z przodu jej wypadł, dlatego w jego miejscu miała czarną dziurę. - Kupiłaś te buty na eBayu - skierowała to zdanie do Sharon, której oczy rozszerzyły się tak mocno, że chyba bardziej już nie mogły. - Ale okej - nie ma sensu kupować detalicznie, gdy płaci ci ten dusigrosz Steve.
 Ta, to moje małe czytające w myślach kochanie!
 Na parę chwil zapadła grobowa cisza. Sharon zarumieniła się i patrzyła na wszystko, tylko nie na Steve'a. Jeden z agentów odkaszlnął.
 - Ach, tak... - powiedział Steve, po czym odwrócił się do Gazika. - Co z tobą, synu? Chcesz mieć własną figurkę akcji, tak? Jak się nazywasz?
 Gazownik potaknął gorliwie, a ja obiecałam sobie w duchu, że później skopię mu za to tyłek.
  - Mówią na mnie Rekinator.
  - Rekinator - powtórzył Steve, a jego entuzjazm przygasł.
   Cóż mogę powiedzieć? Mamy pewien wpływ na dorosłych. Na inne dzieci też. No, okej, praktycznie na każdego. Jesteśmy stworzeni, by przetrwać, a nie być duszą towarzystwa.
  - Ja się nazywam Cinamon - powiedziała Kuks, oblizując palce. - Cinamon Allspice la Fever. Ta krewetka jest wspaniała.
  Steve zaczynał wyglądać na przygnębionego.
  - Mnie nazywają Białym Rycerzem - oznajmił, bezbłędnie odnajdując przekąski na tacach swoimi czułymi palcami.
  - O? A dlaczego tak? - spytała Sharon, próbując ratować sytuację.
  Iggy spojrzał w jej kierunku. Wskazał na swoje prawie białe włosy, bladą skórę oraz niewidzące, jasnoniebieskie oczy.
 - No, raczej nie będą mnie nazywać Czarnym Rycerzem.
  Kieł przez cały ten czas był cicho i się nie ruszał, dlatego praktycznie wtopił się w nowoczesną sofę, na której siedział. Wypił cztery Cole w zaledwie cztery minuty i stale sięgał do talerzy po smażone co nieco. W końcu pewnie poczuł, że wszyscy na niego patrzą, więc podniósł wzrok. Jego wyraz twarzy sprawił, że przeszedł mnie dreszcz.
  Nikt nie wyglądał jak Kieł - ciemny, spokojny i niebezpieczny, z wyzwaniem w oczach. Ale nie raz widziałam, jak opiekował się Angelą, gdy ta zrobiła sobie krzywdę. Widziałam jego uśmiech podczas snu. Widziałam głębokie, ciemne światło w jego oczach w chwilach, gdy na mnie patrzył...
 Zamrugałam parę razy i wypiłam resztkę mojego Sprite'a.
  Kieł westchnął i wytarł palce w swoje czarne jeansy. Rozglądał się po całym pokoju, na czterech agentów, na młodsze dzieciaki, które świetnie się bawiły, na Totala, który chłeptał Fantę z miski, na mnie, siedzącą w napięciu na krawędzi krzesła.
 - Mam na imię Kieł - powiedział, wstając. - I w tej chwili stąd wychodzę.
 Podszedł do przesuwnych szkalnych drzwi prowadzących na taras widokowy dwadzieścia dwa piętra nad ziemią.
 Skinęłam głową na stado i stuknęłam dwa razy w wierzch dłoni Iggy'ego. Ten podniósł się i podążył za prawie bezgłośnymi krokami Kła, lawirując bezbłędnie wśród stołów i naprawdę wielkich roślin doniczkowych.
 Kieł prześlizgnął się przez otwarte drzwi. Na tarasie było wietrznie, dlatego wystawił twarz na promienie słoneczne. Ponaglił resztę stada, a potem odwrócił się i pomachał niepewnie do czterech Hollywoodzkich agentów, krórzy patrzyli na nas z otwartymi ustami.
  - Dzięki - rzuciłam, balansując na skraju tarasu, kiedy dzieciaki startowały jeden po drugim, skacząc i rozwijając skrzydła niczym miękkie i nierówne na krawędziach żagle. - Ale nie, dzięki.
 Wtedy rzuciłam się w dół, na świeże powietrze, czując, jak przeczesuje ono moje włosy i pióra. Skrzydła wznosiły mnie przy każdym zamachnięciu o cztery metry wzwyż.
 Chcieliśmy tylko wyciąć się z tego medialnego cyrku głupoty.
 Ale to pewnie już wiecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz