Sharon i Steve oraz dwaj pozostali agenci milczeli, patrząc na nas w zaskoczeniu. Steve jednak szybko oprzytomniał.
- Modele? - zasugerował, pewnie zważając na to, jacy jesteśmy wysocy i chudzi jak na nasz wiek.
Prawie się posmarkałam ze śmiechu.
- Ta. "Skrzydła są bardzo modne tego roku" - prychnęłam udając, że
kogoś cytuję. - "Głównie z różnymi odcieniami różu i zieleni, taki
imprezowy look!". Nie sądzę.
Próbowałam nie zwracać uwagi na momentalnie rozczarowaną Kuks.
- Aktorzy? - spytała Sharon.
Total się poderwał, żując pieczołowicie kalmara, który, jeśli chcecie wiedzieć, był strasznie gumowaty.
- Nie. - Wiedziałam, że ten wywiad zmierza na złą drogę, więc zaczęłam pochłaniać tyle jedzenia, ile mogłam zmieścić.
- Max, to znaczy... Max - zaczął Steve, nie do końca wiedząc, jak
ma się do mnie zwracać. - Krótka piłka. Możecie coś robić, być kimś.
Chcecie własny film? Kolekcję figurek? Chcecie być na koszulkch?
Powiedz, co mamy zrobić - możemy to załatwić.
- Ja chcę mieć własną figurkę! - wykrzyknął Gazik, pożerając coś, co wyglądało jak mini-enchilada*.
- O, tak! - poparł go Iggy, przybijając Gazownikowi piątkę.
Steve uśmiechnął się, wyglądając na zrelaksowanego.
- Hej, nie znam imion wszystkich z was. Ty, słoneczko - zwrócił się do Angeli. - Jak się nazywasz?
- Izabela von Frankenstein Rothschild. - odpowiedziała mała, w
roztargnieniu grzebiąc w zębach. Ostatnio jeden z przodu jej wypadł,
dlatego w jego miejscu miała czarną dziurę. - Kupiłaś te buty na eBayu -
skierowała to zdanie do Sharon, której oczy rozszerzyły się tak mocno,
że chyba bardziej już nie mogły. - Ale okej - nie ma sensu kupować
detalicznie, gdy płaci ci ten dusigrosz Steve.
Ta, to moje małe czytające w myślach kochanie!
Na parę chwil zapadła grobowa cisza. Sharon zarumieniła się i
patrzyła na wszystko, tylko nie na Steve'a. Jeden z agentów odkaszlnął.
- Ach, tak... - powiedział Steve, po czym odwrócił się do Gazika. -
Co z tobą, synu? Chcesz mieć własną figurkę akcji, tak? Jak się
nazywasz?
Gazownik potaknął gorliwie, a ja obiecałam sobie w duchu, że później skopię mu za to tyłek.
- Mówią na mnie Rekinator.
- Rekinator - powtórzył Steve, a jego entuzjazm przygasł.
Cóż mogę powiedzieć? Mamy pewien wpływ na dorosłych. Na inne dzieci
też. No, okej, praktycznie na każdego. Jesteśmy stworzeni, by
przetrwać, a nie być duszą towarzystwa.
- Ja się nazywam Cinamon - powiedziała Kuks, oblizując palce. - Cinamon Allspice la Fever. Ta krewetka jest wspaniała.
Steve zaczynał wyglądać na przygnębionego.
- Mnie nazywają Białym Rycerzem - oznajmił, bezbłędnie odnajdując przekąski na tacach swoimi czułymi palcami.
- O? A dlaczego tak? - spytała Sharon, próbując ratować sytuację.
Iggy spojrzał w jej kierunku. Wskazał na swoje prawie białe włosy, bladą skórę oraz niewidzące, jasnoniebieskie oczy.
- No, raczej nie będą mnie nazywać Czarnym Rycerzem.
Kieł przez cały ten czas był cicho i się nie ruszał, dlatego
praktycznie wtopił się w nowoczesną sofę, na której siedział. Wypił
cztery Cole w zaledwie cztery minuty i stale sięgał do talerzy po
smażone co nieco. W końcu pewnie poczuł, że wszyscy na niego patrzą,
więc podniósł wzrok. Jego wyraz twarzy sprawił, że przeszedł mnie
dreszcz.
Nikt nie wyglądał jak Kieł - ciemny, spokojny i niebezpieczny, z
wyzwaniem w oczach. Ale nie raz widziałam, jak opiekował się Angelą, gdy
ta zrobiła sobie krzywdę. Widziałam jego uśmiech podczas snu. Widziałam
głębokie, ciemne światło w jego oczach w chwilach, gdy na mnie
patrzył...
Zamrugałam parę razy i wypiłam resztkę mojego Sprite'a.
Kieł westchnął i wytarł palce w swoje czarne jeansy. Rozglądał się
po całym pokoju, na czterech agentów, na młodsze dzieciaki, które
świetnie się bawiły, na Totala, który chłeptał Fantę z miski, na mnie,
siedzącą w napięciu na krawędzi krzesła.
- Mam na imię Kieł - powiedział, wstając. - I w tej chwili stąd wychodzę.
Podszedł do przesuwnych szkalnych drzwi prowadzących na taras widokowy dwadzieścia dwa piętra nad ziemią.
Skinęłam głową na stado i stuknęłam dwa razy w wierzch dłoni
Iggy'ego. Ten podniósł się i podążył za prawie bezgłośnymi krokami Kła,
lawirując bezbłędnie wśród stołów i naprawdę wielkich roślin
doniczkowych.
Kieł prześlizgnął się przez otwarte drzwi. Na tarasie było
wietrznie, dlatego wystawił twarz na promienie słoneczne. Ponaglił
resztę stada, a potem odwrócił się i pomachał niepewnie do czterech
Hollywoodzkich agentów, krórzy patrzyli na nas z otwartymi ustami.
- Dzięki - rzuciłam, balansując na skraju tarasu, kiedy dzieciaki
startowały jeden po drugim, skacząc i rozwijając skrzydła niczym miękkie
i nierówne na krawędziach żagle. - Ale nie, dzięki.
Wtedy rzuciłam się w dół, na świeże powietrze, czując, jak
przeczesuje ono moje włosy i pióra. Skrzydła wznosiły mnie przy każdym
zamachnięciu o cztery metry wzwyż.
Chcieliśmy tylko wyciąć się z tego medialnego cyrku głupoty.
Ale to pewnie już wiecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz