niedziela, 6 września 2015

Rozdział 2-skopiowane

W mgnieniu oka obróciłam się o całe 360 stopni, nurkując po Totala, a także wykonując wymijające manewry, co, jeśli chcecie znać smutną prawdę, miałam okazję już podszkolić.
-Rozproszyć się! - zawołałam. - zejść z linii ognia!
  Wszyscy się zerwaliśmy, nasze skrzydła poruszały się szybko i energicznie, gdy nabieraliśmy wysokości jak rakiety. Słyszałam dochodzący z dołu aplauz-pewnie publiczność myślała, że to część pokazu. Potem spojrzałam w dół na wiotkiego czarnego psa w moich ramionach.
-Total! - powiedziałam, niosąc jego małe i kruche ciało. - Total!
  Piesek zamrugał i jęknął:
-Dostałem, Max. Mają mnie. Żyć krótko, umrzeć młodo i pozostawić po sobie zmasakrowane ciało, nie?
  Okej. Według mnie, jeśli naprawdę się dostało albo poważnie zraniło, nie mówiłoby się zbyt dużo. Może kilka nieskładnych zdań. Albo jakieś pomrukiwania. Ale na pewno nie przytaczałoby się długich i treściwych cytatów.
  Szybko przeszukałam jego ciało w poszukiwaniu ran. Jego uszy, jak i pysk wyglądały na nienaruszone. Obmacałam jego skrzydła, które wciąż wydawały mi się za małe, by z łatwością utrzymać go w górze. Jaskrawoczerwona krew poplamiła mi rękaw, ale jak dotąd nie znalazłam postrzelonego miejsca.
-Powiedz Akili... - wysapał Total. Jego powieki trzepotały na wietrze. - Powiedz jej, że ona była zawsze tą jedyną.
  Akila była samojedką, dla której Total chciał wrócić na Wendy K., łódź, na której żyliśmy wraz z gronem naukowców w drodze na Antarktydę.
-Nie mam do nikogo żalu - ciągnął słabo. - to prawda, myślałem o karierze w teatrze, ale teraz na zawsze ta nadzieja znikła. Wiem, że to było po prostu szalone marzenie, ale chciałbym choć raz zagrać Dane'a przed śmiercią.
-Zagrać.. co? - spytałam z roztargnieniem, sprawdzając jego żebra. Nic złamanego. - To jakaś postać?
  Total jęknął i zamknął oczy.
  Wtedy to znalazłam: źródło krwawienia, miejsce, gdzie został postrzelony.
-Total? - powiedziałam, trochę kwiląc. - masz małe ała na ogonku.
-Co? - otworzył oczy i obrócił się, by spojrzeć na swój krótki ogon. Pomerdał nim eksperymentalnie, a na jego twarzy pojawiło się oburzenie, gdy uświadomił sobie, że na jego czubku brakuje trochę mięsa. - Dostałem! Ja krwawię! Ci łajdacy za to zapłacą!
-Myślę, że bandaż to jedyna rzecz, której teraz potrzebujesz - odparłam, usiłując zachować poważny wyraz twarzy.
  Kieł podleciał trochę bliżej, z niezwykłym wdziękiem, niczym czarna pantera ze skrzydłami.
O, Boże. Jaka jestem głupia. Zapomnijcie, co właśnie powiedziałam.
- Co z nim? - spytał, wskazując skinieniem na Totala.
-Potrzebuje tylko bandażu - powiedziałam. Nasze spojrzenia się spotkały, pełne tłumionego humoru, wsparcia, zrozumienia, miłości...
O tym też zapomnijcie. Nie wiem, co się ze mną dzieje.
-Mam tego snajpera. - oznajmił, wskazując na dół.
Przestawiłam się na tryb bitewny.
-Jeden snajper czy cała flotylla?
-Widzę tylko jednego.
Uniosłam brew.
-Czyli to znaczy, że nie jesteśmy już warci poświęcenia całej armii? - spojrzałam na Totala. - Dobra, teraz musisz lecieć o własnych siłach.
  Total odebrał to z godnością, rozpostarł skrzydła i wyskoczył niezdarnie z moich ramion. Zatrzepotał nimi szaleńczo, a potem z większą pewnością siebie wzleciał w górę.
-Co jest? - Iggy leciał przez chwilę na prądzie wznoszącym, ale teraz dołączył do nas.
-Totalowi nic się nie stało - zaraportowałam. - Jeden snajper pod nami. Teraz musimy się go pozbyć.
  Musnęły mnie śnieżnobiałe skrzydła Angeli. Mała obdarzyła mnie słodkim uśmiechem, który stopił moje serce, ale próbowałam pamiętać, że to dziecko ma wiele warstw i nie wszystkie zasługują na słodycze i róże.
-Dziękuję, baranku. - powiedziałam, a ona wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
-Poczułam, że coś złego miało się stać - oznajmiła. - Możemy teraz dopaść tego gościa?
-Zróbmy to - odparłam, po czym zapikowaliśmy w dół. Wśród wielu genetycznych ulepszeń dokonanych przez fartuchów dostaliśmy też w pakiecie ponadprzeciętny wzrok. Przeczesałam wzrokiem ziemię kilometr pod nami w poszukiwaniu miejsca, które wskazał Kieł.
  Zobaczyłam go: samotny facet w oknie budynku w pobliżu bazy lotniczej.           Śledził nas, więc zaczęliśmy robić uniki, nagle wzlatywać w górę, potem w dół, wytaczając różne trajektorie lotu, starając się, by było to jak najmniej przewidywalne.
-W okno? - spytał Kieł. Skinęłam głową.
-Ig, leć w dół pod kątem około trzydziestu pięciu stopni, a potem na godzinę szóstą - powiadomiłam go. Dlaczego daję instrukcje tylko Iggy'emu? Ponieważ tylko on jest ślepy, ot, dlaczego.
  Poruszaliśmy się szybko, bardzo szybko, z taką trajektorią, że za osiem sekund spodziewałam się zderzenia z oknem, za którym stał snajper.                   Praktykowaliśmy to już nie raz - wlatywaliśmy przez otwarte okna, jeden po drugim. Było to bardziej zabawą niż jakimś aktem desperacji.
  Dwie rzeczy na tym świecie często wyglądają bardzo podobnie.
  Siedem, sześć, pięć, liczyłam cicho.
  Gdy dotarłam do czterech, okno eksplodowało od środka, a ja poleciałam na łeb, na szyję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz