Położenie: Niemożliwie duży otwarty zstadion w imponującym, ale trującym Meksyku
Osoby: Stado, Total, Dr Wspaniała, i jakiś bardzo miły Meksykanin, urzędnicy, którzy chcieli nam dać nagodę. Plus ekpia telewizyjna.
Fabuła: Po prostu poczekaj. Nadchodzi.
- Nie cierpię tego. Zabierz mnie stąd.- powiedziałam do Kła, utrzymując uśmiech przyklejony do mojej twarzy. Machaliśmy do tłumu. Tyle lamp błyskowych się wyłączało, że byłam pewna, iż będzie ciemno w minutę
- To nie jest dobre ustawienie* - Kieł zgodził się, rozglądając się nieustannie.
Total,Iggy,Gazik i Kuksprzedzierali się przez tłum jak na starych rękach*, kłaniając się w promieniach braw.Gazik rozpetrzeniał skrzydła, robił małe sześć stóp i hops w powietrze, za każdym razem tłum ryczał jeszcze głośniej.
W końcu jeden z zebranych funkcjonariuszy wykorzystał mikrofon umieszczony na środku stadionu. Brigid Dwyer stała obok nich, gotowa dać przemówienie o CSM, napewno chcieli, żeby usłyszano ich na całym świecie.
Urzędnik powiedział coś w języku hiszpańskim, a tłum wiwatował i klaskał, intonowanie cytatów z bloga Kła. Następnie Brigid wzięła mikrofon i czekała na względną ciszę.
-Buenos días, señors y señoras - powiedziała Brigid i ludzie zaczęli wiwatować. -Hoy nosotros...
W porządku, straszny krzyk wzrósł powyżej szumu tłumu i zatrzymał Brigid zimno. Gazik zobaczył ich pierwszy: ninja-typu thingies skaczących na górnej półce Stadionu i zjeżdżających w dół na pole.
- Głowy do góry! - Krzyknął Kieł. MIeliśmy chwilę na wymianę spojrzeń, myśleliśmy tak samo: Nie widziałam ich na dachu, zaledwie kilka minut wcześniej. Skąd się wzięły ?
- Do góry i wiać! - Krzyknęłam do stada, a następnie zobaczyłam problem: Brigid nie mogła z nami lecieć. Nie mogliśmy zostawić ją z ninja. Nie mogliśmy zostawić ani jej, ani ludzi, którzy okazali nam gościnność.
Urzędnicy, Brigid i ekipa telewizyjna patrzyli na nas z otwartymi ustamu, jak - co najmniej - sześćdziesiąt szczupłych,ciemnych figurek - ale to nie figurki, tylko mega ninje - uderzyło w ziemię i ruszyło do nas. I w jeden chwili zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji: sto tysięcy ludzi, możezostać zranionych lub zabitych w krzyżowym ogniu; niewinnych ludzi, dokładnie tutaj, na polu. A czemu? Bo weszli nam w drogę. Teraz jesteśmy my. Tylko my. Siedmiu z nas vs sześćdziesięciu ninja. Wyobraziłam sobie to: pole, nas siedmiu, sześćdziesięciu ninja, sto tysięcy niewinnych ludzi, ci ludzie walczą o nas. Niedobrze. Bądź co bądź, ale zagrożenie jest.
Było jak za dawnych czasów.
-Walczcie! - krzyknęłam.
Jak postać matki, zawsze staram się załatwić stadu bezpieczeństwo, oczywiste. Ale muszę przyznać, że łatwo można u mnie załatwić pożądanie krwi. Na przykład kiedy spojrzę w niebieskie, duże oczy Gazika lub na małą bezbronną - mówimy o sześciolatce, która potrafi manipulować umysłami ludzi - Angelę. To wystarcza, żebym wyczuła zagrożenie i była gotowa wyrąbać komuś łeb.
Byliśmy odrobinę niepraktycznie. Nie wzięłam nikogo sama przez ostatnie kilka tygodni (Tu chodzi o zabicie kogoś samemu, dop. tłumacza).
- Łapać ich! - krzyknęłam czując, że ciemne postacie nas ścigają. Adrenalina zabuzowała w moich żyłach, poczułam zdenerwowanie i uczucie, że mogę być szybka jak błyskawica. Nieźle, co?
Jak tylko jeden był w zakresie pola rażenia, zerwałam się i skoczyłam z obiema nogami do przodu. One, połączone mocno trzaskają nowe zagrożenie w jego środku. Moja siła się jeszcze podwoiła i czułam potęgę. Cicho jęczał, a jego ciemny kaptur poślizgiem ujawnij jego ludzką twarz. Z wyjątkiem świecących zielonym laserem oczu.
Wylądowałam, obróciłam się na pięcie i uderzyłam go z półobrotu tak mocno jak tylko umiałam. Złapałam go w ramiona i usłyszałam trzaski.
Coś uderzyło mnie tak mocno w głowę, że aż mi ją odwróciło. Ale czekaj, czekaj.. Człowiek nie może uderzyć z tak mocną siłą. Odskoczył tak szybko, jak człowiek również nie potrafi żaden człowiek. Sekundę później poczułam jego but na moim policzku.
Drugi rzucił się do góry - poszedł za śladem trzeciego. Zostałam sama z ninją. Cudnie. Złapał mnie od tyłu i podarł moją kurtke. A to! Rozwydrzony dzieciak! To była nowa kurtka! Mama mi ją dała. Ale on też ją miał - kurtkę. Ale nie z firmy. Jakby.. jakby z wysypiska. Podarta.
Uwolniłam się i znokautowałam go. Teraz adrenalina mnie rozsadzała. Ułamek sekundy poźniej zobaczyłam, że stado robi to, w czym jesteśmy najlepsi: dekondtruują rzeczy. Nikt nie potrzebuje pomocy, dobrze. Zacisnęłam pięści i zleciałam w dół. I poleciałam do moich napastników.
Te "nasze potyczki" wydają się dłuższe niż realnie są. Czułam się jakbym biła,kopała, wierzgała, itd. przez dwie godziny. A to zajęło tak.. około sześciu minut. I właśnie w tym czasie coś sobie uświadomiłam: te ciemne figurki mają czułe punkty: Jeśli szybko opuścisz dwie ręce w ruch siekania ich głowa roztrzaska się na pare metalowych pasków. Jak przekrój pomarańczy. No dobra nie pomarańczy. Ale wiesz o co chodzi.
Ich kolejny słaby punkt: Ich drobne,małe kostki. Jedna dobra mocna akcja, a oni pękają jak drewno balsa.
W mniej niż dziesięć minut, dzięki nam i wynajętej ochronie, trawnik wyglądał jak połączenie szpitala z wojskiem i chop shop (nie wiem o co tu chodziło) samochodowym. Brigid i urzędnicy byli bladzi i stłoczeni przez podium. Szybka interwemncja, a stado ujawniło jedynie zwykłe siniaki, krwawiące nosy i czarne, posiniaczone oczy, ale to nic poważnego, przywykliśmy do tego.
Kieł podszedł do mnie, jego twarz była ponura i surowa, a jego kostki krwawiły.
Wiem, co chciał powiedzieć.
-Dobra żadnych więcej pokazów lotniczych - powiedziałam.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* - nie wiedziałam dokładnie co autor miał na myśli, ale jakoś tak to chyba miało być
Osoby: Stado, Total, Dr Wspaniała, i jakiś bardzo miły Meksykanin, urzędnicy, którzy chcieli nam dać nagodę. Plus ekpia telewizyjna.
Fabuła: Po prostu poczekaj. Nadchodzi.
- Nie cierpię tego. Zabierz mnie stąd.- powiedziałam do Kła, utrzymując uśmiech przyklejony do mojej twarzy. Machaliśmy do tłumu. Tyle lamp błyskowych się wyłączało, że byłam pewna, iż będzie ciemno w minutę
- To nie jest dobre ustawienie* - Kieł zgodził się, rozglądając się nieustannie.
Total,Iggy,Gazik i Kuksprzedzierali się przez tłum jak na starych rękach*, kłaniając się w promieniach braw.Gazik rozpetrzeniał skrzydła, robił małe sześć stóp i hops w powietrze, za każdym razem tłum ryczał jeszcze głośniej.
W końcu jeden z zebranych funkcjonariuszy wykorzystał mikrofon umieszczony na środku stadionu. Brigid Dwyer stała obok nich, gotowa dać przemówienie o CSM, napewno chcieli, żeby usłyszano ich na całym świecie.
Urzędnik powiedział coś w języku hiszpańskim, a tłum wiwatował i klaskał, intonowanie cytatów z bloga Kła. Następnie Brigid wzięła mikrofon i czekała na względną ciszę.
-Buenos días, señors y señoras - powiedziała Brigid i ludzie zaczęli wiwatować. -Hoy nosotros...
W porządku, straszny krzyk wzrósł powyżej szumu tłumu i zatrzymał Brigid zimno. Gazik zobaczył ich pierwszy: ninja-typu thingies skaczących na górnej półce Stadionu i zjeżdżających w dół na pole.
- Głowy do góry! - Krzyknął Kieł. MIeliśmy chwilę na wymianę spojrzeń, myśleliśmy tak samo: Nie widziałam ich na dachu, zaledwie kilka minut wcześniej. Skąd się wzięły ?
- Do góry i wiać! - Krzyknęłam do stada, a następnie zobaczyłam problem: Brigid nie mogła z nami lecieć. Nie mogliśmy zostawić ją z ninja. Nie mogliśmy zostawić ani jej, ani ludzi, którzy okazali nam gościnność.
Urzędnicy, Brigid i ekipa telewizyjna patrzyli na nas z otwartymi ustamu, jak - co najmniej - sześćdziesiąt szczupłych,ciemnych figurek - ale to nie figurki, tylko mega ninje - uderzyło w ziemię i ruszyło do nas. I w jeden chwili zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji: sto tysięcy ludzi, możezostać zranionych lub zabitych w krzyżowym ogniu; niewinnych ludzi, dokładnie tutaj, na polu. A czemu? Bo weszli nam w drogę. Teraz jesteśmy my. Tylko my. Siedmiu z nas vs sześćdziesięciu ninja. Wyobraziłam sobie to: pole, nas siedmiu, sześćdziesięciu ninja, sto tysięcy niewinnych ludzi, ci ludzie walczą o nas. Niedobrze. Bądź co bądź, ale zagrożenie jest.
Było jak za dawnych czasów.
-Walczcie! - krzyknęłam.
Jak postać matki, zawsze staram się załatwić stadu bezpieczeństwo, oczywiste. Ale muszę przyznać, że łatwo można u mnie załatwić pożądanie krwi. Na przykład kiedy spojrzę w niebieskie, duże oczy Gazika lub na małą bezbronną - mówimy o sześciolatce, która potrafi manipulować umysłami ludzi - Angelę. To wystarcza, żebym wyczuła zagrożenie i była gotowa wyrąbać komuś łeb.
Byliśmy odrobinę niepraktycznie. Nie wzięłam nikogo sama przez ostatnie kilka tygodni (Tu chodzi o zabicie kogoś samemu, dop. tłumacza).
- Łapać ich! - krzyknęłam czując, że ciemne postacie nas ścigają. Adrenalina zabuzowała w moich żyłach, poczułam zdenerwowanie i uczucie, że mogę być szybka jak błyskawica. Nieźle, co?
Jak tylko jeden był w zakresie pola rażenia, zerwałam się i skoczyłam z obiema nogami do przodu. One, połączone mocno trzaskają nowe zagrożenie w jego środku. Moja siła się jeszcze podwoiła i czułam potęgę. Cicho jęczał, a jego ciemny kaptur poślizgiem ujawnij jego ludzką twarz. Z wyjątkiem świecących zielonym laserem oczu.
Wylądowałam, obróciłam się na pięcie i uderzyłam go z półobrotu tak mocno jak tylko umiałam. Złapałam go w ramiona i usłyszałam trzaski.
Coś uderzyło mnie tak mocno w głowę, że aż mi ją odwróciło. Ale czekaj, czekaj.. Człowiek nie może uderzyć z tak mocną siłą. Odskoczył tak szybko, jak człowiek również nie potrafi żaden człowiek. Sekundę później poczułam jego but na moim policzku.
Drugi rzucił się do góry - poszedł za śladem trzeciego. Zostałam sama z ninją. Cudnie. Złapał mnie od tyłu i podarł moją kurtke. A to! Rozwydrzony dzieciak! To była nowa kurtka! Mama mi ją dała. Ale on też ją miał - kurtkę. Ale nie z firmy. Jakby.. jakby z wysypiska. Podarta.
Uwolniłam się i znokautowałam go. Teraz adrenalina mnie rozsadzała. Ułamek sekundy poźniej zobaczyłam, że stado robi to, w czym jesteśmy najlepsi: dekondtruują rzeczy. Nikt nie potrzebuje pomocy, dobrze. Zacisnęłam pięści i zleciałam w dół. I poleciałam do moich napastników.
Te "nasze potyczki" wydają się dłuższe niż realnie są. Czułam się jakbym biła,kopała, wierzgała, itd. przez dwie godziny. A to zajęło tak.. około sześciu minut. I właśnie w tym czasie coś sobie uświadomiłam: te ciemne figurki mają czułe punkty: Jeśli szybko opuścisz dwie ręce w ruch siekania ich głowa roztrzaska się na pare metalowych pasków. Jak przekrój pomarańczy. No dobra nie pomarańczy. Ale wiesz o co chodzi.
Ich kolejny słaby punkt: Ich drobne,małe kostki. Jedna dobra mocna akcja, a oni pękają jak drewno balsa.
W mniej niż dziesięć minut, dzięki nam i wynajętej ochronie, trawnik wyglądał jak połączenie szpitala z wojskiem i chop shop (nie wiem o co tu chodziło) samochodowym. Brigid i urzędnicy byli bladzi i stłoczeni przez podium. Szybka interwemncja, a stado ujawniło jedynie zwykłe siniaki, krwawiące nosy i czarne, posiniaczone oczy, ale to nic poważnego, przywykliśmy do tego.
Kieł podszedł do mnie, jego twarz była ponura i surowa, a jego kostki krwawiły.
Wiem, co chciał powiedzieć.
-Dobra żadnych więcej pokazów lotniczych - powiedziałam.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* - nie wiedziałam dokładnie co autor miał na myśli, ale jakoś tak to chyba miało być
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz