Dr Dwyer i CSM zorganizowali dla nas bezpieczny dom - aktualnie piąty.
Cztery służyły do zwabienia - i utrzymuje rzeczywistą lokalizacje w
tajemnicy. Dopóki nie bylismy w samochodzie. Czysta przynęta.
-
Oglądanie bitew jest trudne, jeśli się nie jest do tego przyzwyczajonym.
- powiedział Kieł patrząc na bladą twarz Brigid. Skinęła nerwowo głową.
Ciągle chciała utrzymać swoją nieskazitelnie obojętnąreputację. Ale
uwieżcie mi, czy nie - już dawno jej się pogorszyła. Nie była ranna, ale
jej ubrania były poplamione krwią. Stałam obok niej, gdy wpadłam na
genialny pomysł, że Nowe pomarańczowe Zagrożenia mają słabe punkty.
- To nie jest piknik, nawet jeśli jesteś do tego przyzwyczajona - powiedziałam
- Jakie były te rzeczy ? -Spytał Iggy, ocierając jego posiniaczone i obdarte kostki.
-
Nie wiem - odpowiedziałam. Szczerze ? Zastanawiałam się nad tym juz
wcześniej. To nie były Likwidatorzy lub hybrydy. To nie były Omegi. To
były roboty z odrobiną mięsa. Coś na wzór i ludzi i robotów. Nie
rozmawiali, ale to nie znaczy, że nie potrafili. Ale napewno nie umieli
latać.
- To zagadka - dokończyłam w końcu i stwierdziłam, że będę się
tym martwić później. Teraz byłam głodna i trochę chwiejna od spadku
adrenaliny.
Odgarnęłam włosy z oczu i kątem oka dostrzegłam, że Dr
Dwyer ma inne ułożenie włosów - bardziej stanowcze - jakby chciała w ten
sposób stać się bardziej poważna. Raz w życiu obcięłam sobie włosy u
fryzjera. Nie. Raz w życiu to właśnie fryzjer obcinał mi włosy. Tak. Ale
to było wiele, wiele bitew temu.
- no i jesteśmy - obwieściła
Brigid, kiedy wjechaliśmy na podjazd niewielkiego domu. Doy tutaj były
niespodziewanie blisko siebie. Jakby je ktoś zszykwką spiął. Ulice były
pełne psów,samochodów i starannie nawleczonej bielizny.
Automatycznie obserwowała, skanowałam teren. Oglądałam się za dobrymi
kryjówkami, punktami podatności. Czy te okna były łamliwe? Sprawdzałam
też, jakie (i czy) drzewa są na naszej drodze, i w okolicy. Kieł wysiadł
pierwszy. Przeczesał wzrokiem okolice i stwierdził, że jest
bezpiecznie.
Reszta z nas rozglądnęła się szybko i pobiegła na tył
domu. Czułam się zmęczona i rozdrażnionia i, co gorsza, zdałam sobie
sprawę, że Brigid ciągle wlepia swój wzrok w Kła. Miałam ochotę zjeść 3
banany i zemdleć.
Ciepłe żółte światło rozlało się przez okno,
tworząc skośny prostokąt na trawie. Kiedy dotarliśmy do drzwi, one
otworzyły się. Nagle się zatrzymałam. Nogi miałam trochę jak z żelków,
ale były gotowe do skoku,gotowe do działania - jeśli jakieś
niebiespieczyństwo czychało za drzwiami. Zrozumiałam, że stanęłam tak
nagle, iż Angela we mnie wpadła.
Na początku widziałam tylko sylwetkę. W tej samej chwili, znajomy zapach uniósł się w ciepłym nocnym powietrzu.
Czekoladowe ciasteczka. Mmm! Ciepłe i świeże, prosto z pieca.
Sylwetką była moja mama, Dr valencia Martinez, i ona uśmiechała się do mnie.
I nagle świat wydawał się lepszy, piękniejszy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz