I jeden, i dwa - powiedziała Kuks, pochylając się pod kątem
czterdziestu pięciu stopni. Jej płowe, rudobrunatne skrzydła lśniły
ciepło w popołudniowym słońcu.
Za nią Gazownik wydał dźwięk przypominający hamulec, gdy opuścił nogę i drastycznie zwolnił.
-Hej, patrzcie na mnie! - zawołał, składając skrzydła i nadając ciału
nieopływowy kształt. Jasne włosy ośmiolatka stanęły mu na głowie, gdy
poleciał w dół.
Przewróciłam oczami.
- Gazik, trzymaj się
choreografii! - chłopiec spadał szybko, więc musiałam wrzeszczeć, żeby
mnie usłyszał. - To płatna praca! Nie wygłupiaj się!
Okej, przeważnie płacili nam w donatach, ale mniejsza o to.
Nawet z tej wysokości słyszałam, jak publiczność wstrzymuje oddech,
zauważywszy, że jeden z nas spada w dół jak kamień. Dałam Gazikowi pięć
sekund, zanim polecę po
niego na dół. Jeden... dwa...
Nie byłam
pewna co do wzięcia udziału w tym całym pokazie lotniczym, ale jak
miałabym odmówić mojej własnej mamie? Po ostatnich "pracujących
wakacjach"
w Ant-cholernej-arktydzie, moja mama i grupa naukowców
stworzyła organizację o nazwie Koalicja Przeciwko Szaleństwu, w skrócie
KPS. Zasadniczo, próbują oni powiedzieć całemu światu
o
niebezpieczeństwie ukrytym w zanieczyszczeniu środowiska, o gazach
cieplarnianych, zależności od zagranicznej ropy naftowej i tym
podobnych.
W chwili obecnej ponad tysiąc naukowców, nauczycieli,
senatorów i zwykłych ludzi angażuje się w KPS. Jeden z
członków-nauczycieli wyszedł z inicjatywą zrobienia
air-show, by
jeszcze bardziej rozpowszechnić działalność koalicji. Myślałam, że
wystąpią Blue Angels albo Schmue Angels, ale pokaz lotniczy zmutowanych,
latających dzieci?
Proszę was! Kto powiedział, że w ogóle się zgodzimy?
Tak więc tu jesteśmy, latając w perfekcyjnych formacjach, wykonując
triki, powietrzny taniec, la la la, nas sześciu i Total, którego
skrzydła już w pełni się rozwinęły.
Przynajmniej mógł latać, ale
nie był do końca sprawny jak Barysznikow*. Gdyby Barysznikow
był małym czarnym terierem szkockim ze skrzydłami, to może tak.
Kiedy policzyłam do czterech, Gazownik zakończył swój swobodny spadek i z
powrotem wzniósł się wyżej, ze szczęściem malującym się na naprawdę
czystej twarzy.
Współpraca z KPS przynosiła też pewne korzyści,
przede wszystkim jedzenie i przyzwoite miejsce do spania. I, oczywiście,
widzenie się z moją mamą, czego nigdy nie będę miała dość,
po
przeżyciu pierwszych czternastu lat bez wiedzy o tym, że ona istnieje
(Opowiadałam o tym wszystkim we wcześniejszych książkach, jeśli chcesz,
to idź kupić).
-Hej - powiedział Kieł, zrównując się ze mną.
Moje serce lekko podskoczyło, gdy zobaczyłam, jak słońce odbiło się w
jego czarnych jak noc skrzydłach. Takich jak jego oczy. I włosy.
-Musisz być takim sztywnym dziwakiem?- zapytałam go mimochodem, odwracając wzrok.
Kieł uniósł kącik ust. Była to jego wersja niepohamowanego, głośnego śmiechu. Wzruszył ramionami.
-To praca.
-Ta. Do momentu, gdy nie będą się przejmować pracą nieletnich - zgodziłam się.
Jesteśmy trochę dziwną bandą, moje stado i ja. Kieł, Iggy i ja mamy po
14 lat, mniej więcej. Oficjalnie, technicznie, prawnie, jesteśmy
nieletni. Ale żyjemy zdani tylko na siebie
już od lat i zwykłe prawa
opieki nad dziećmi wydają się nie mieć u nas zastosowania. Jeśli dłużej
o tym pomyśleć, wiele praw wydaje się nas nie dotyczyć.
Kuks ma w
przybliżeniu jedenaście lat. Gazownik osiem. Angela ma gdzieś około
sześciu. Nie mam pojęcia ile lat ma Total i jak przelicza się ludzkie
lata na psie, i szczerze
mówiąc nie obchodzi mnie to.
Nagle, nie wiadomo skąd, Angela spadła na mnie z jej osiemnastoma kilogramami pierzastej zabawy.
-Hej! Co robisz? - zawołałam, spadając pół metra w dół. Wtedy to
usłyszałam: wysoki, aż nazbyt znajomy świst pocisku przelatującego tuż
obok mojego ucha, wystarczająco blisko, by zdmuchnąć kosmyk moich włosów
na bok.
W następnej sekundzie Total zapiszczał przeraźliwie,
wirując w powietrzu, a jego małe czarne skrzydła trzepotały gorączkowo.
Szybka reakcja Angeli uratowała mi życie.
Ale Total został postrzelony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz