niedziela, 6 września 2015

Rozdział 5-skopiowane

- Chcę się tylko dowiedzieć, czy naprawdę zgłoszenie się ten jeden, jedyny raz do programu Oprah byłoby aż takim końcem świata? - Kuks skrzyżowała ręce na karku, spoglądając na mnie.
 - Nie - odpowiedziałam ostrożnie - ale ten koniec świata jest mniej ważny od tego końca świata, który stale nam grozi.
 Dla tych, co jeszcze nie nadążają za akcją, informuję: moją życiową misją jest uratowanie świata. Bez presji ani niczego.
 - Ja chcę być figurką akcji - oznajmił Gazik.
 - Ludzie - upomniałam ich, pocierając skroń - nie pamiętacie, co się stało zaledwie cztery dni temu? Świst kul, snajper, eksplodujący budynek?
 - Ja na pewno nie zapomnę - obruszył się Total, spoglądając na swój ogon.
 Moje morze cierpliwości, które nie było głębokie nawet w najlepsze dni, stało się jeszcze płytsze.
 - Moim zdaniem - zaczęłam - najwyraźniej ktoś nadal chce naszej śmierci. Tak, nasze pokazy lotnicze dla KPS były wielkimi hitami; byli tam ludzie, którzy akceptowali to, że jesteśmy... inni, ale wciąż jesteśmy w niebezpieczeństwie. Zawsze będziemy w niebezpieczeństwie.
 - Jestem już zmęczona tym ciągłym byciem w niebezpieczeństwie! - Rozpłakała się Kuks. - Nienawidzę tego! Chciałabym po prostu...
 Nie dokończyła, ponieważ nie miała po co kontynuować. Powstrzymując się od jeszcze większego płaczu, opadła na hotelowe łóżko. Usiadłam obok niej i pogłaskałam ją po plecach, między skrzydłami.
 - Wszyscy tego nienawidzimy - powiedziałam cicho. - Ale dopóki nikt nie może mi udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że jesteśmy bezpieczni, muszę podejmować decyzje, które pozwolą nam mniej więcej utrzymać się w jednym kawałku. Tak, wiem, że to ssie.
 - À propos rzeczy, które ssą - wtrącił się Kieł - moim zdaniem powinniśmy na amen porzucić te pokazy lotnicze.
 - Ja tam lubię pokazy lotnicze - stwierdził Gazik.
 Młody leżał na podłodze, w połowie pod stolikiem do kawy. Moja mama zdobyła dla niego kilka małych samochodzików Transformers, którymi się teraz bawił, udając odgłos silnika. Tak, może i umiał walczyć wręcz lepiej niż niejeden dorosły mężczyzna oraz potrafił skonstruować materiały wybuchowe właściwie z niczego, ale wciąż miał osiem lat. No, mniej więcej.
 Zawsze o tym zapominam.
 - Ja też je lubię - powiedziała Kuks. Jej splątane włosy utworzyły wachlarz wokół jej głowy. - Przez nie czuję się jak sławna gwiazda filmowa.
 - One nie są bezpieczne - odrzekł Kieł stanowczo.
 Byłam rozdarta. Snajper, który do mnie strzelał okazał się być nową formą cyborga/człowieka - na to wskazywała część jednej z jego rąk. Zamiast dłoni miał automatyczny pistolet połączony bezpośrednio z mięśniami i nerwami. W rzeczywistości to nie budynek eksplodował, gdy byliśmy blisko niego - tylko właśnie snajper. Wysadził się w powietrze, abyśmy nie mogli go złapać, ani nawet dokładnie zobaczyć.
 Na pewno nie przyczepił sobie tej broni samodzielnie. Ktoś musiał go stworzyć. Ten ktoś ciągle jest na wolności i prawdopodobnie teraz tworzy więcej mutantów.
 Z drugiej strony... KPS bardzo liczyło na to, że kontynuujemy pokazy lotnicze. Miały one miejsce w najbardziej zanieczyszczonych miastach na świecie: Los Angeles, Sao Paulo, Moskwie, Pekinie. Do tej pory odnieśliśmy wielki sukces, a KPS rozdało tony kart i ulotek edukujących ludzi na temat zanieczyszczeń i gazów cieplarnianych.
 Moja mama była członkiem KPS. Nigdy nie chciała narażać nas na niebezpieczeństwo, ale... ja nie chciałam jej zawieść. Ona uratowała mi życie kupę razy. Pomagała stadu jak mogła. Było to jedyną rzeczą, o którą nigdy się mnie nie pytała. Jak mam jej powiedzieć, że chcę zrezygnować?
 - A może nadal będziemy robić pokazy lotnicze, ale ze zwiększonym bezpieczeństwem - zaproponowałam powoli.
 - Nie - odparł Kieł.
 Dobra. Może i jestem niesamowita w wielu aspektach, ale wiem też, że mam parę drobnych wad. Jedną z nich jest za przykład moja reakcja, gdy ktoś na wszystko, co mówię, odpowiada "nie".
 Można by pomyśleć, że Kieł powinien już o tym dawno wiedzieć.
 Podniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy. Stado, mądrzejsze od przeciętnego gangu uskrzydlonych niedźwiedzi, znieruchomiało.
 Powoli podniosłam się i podeszłam bliżej do Kła. Kątem oka zauważyłam, jak Total wśliznął się pod łóżko, a Gazownik szybko wepchnął Iggy'ego do pokoju chłopców i zatrzasnął drzwi.
 Do zeszłego roku byłam wyższa od Kła i Iggy'ego. Teraz nie dość, że mnie dogonili, to jeszcze przerośli o kilka cali, czego nienawidziłam. Kieł spojrzał na mnie z góry. Jego oczy były tak ciemne, że nie widziałam, gdzie ma źrenice.
 - Co? - spytałam, zwodniczo łagodnie. Zobaczyłam błysk różowego tutu Angeli, gdy razem z Kuks powoli wycofywały się do pokoju chłopców.
 - Te pokazy lotnicze są zbyt niebezpieczne - odpowiedział Kieł równie łagodnie.
 Usłyszałam, jak drzwi łączące oba pokoje zamykają się z ostrożnością ofiary próbującej nie przyciągnąć uwagi drapieżnika.
 - Nie mogę zawieść mamy - byłam tak blisko, że dokładnie widziałam jego gęste rzęsy i złote błyski w jego oczach.
 Wypuścił powoli powietrze i zacisnął dłonie.
 - Jeszcze tylko jeden pokaz - zaproponowałam. Jego ręce się rozluźniły, gdy rozważał tą opcję.
 -Okej - powiedział, zaskakując mnie. - Masz rację - nie chcemy zawieść KPS.
 Popatrzyłam na niego, podejrzliwie mrużąc oczy, i wtedy do mnie dotarło: doktor Brigid Dwyer, ósmy cud świata, była częścią KPS. Zaplanowała spotkanie z nami w Mexico City, na naszym kolejnym pokazie.
 To dlatego Kieł zgodził się ten jeden raz - chciał się spotkać z jego ulubionym, genialnym, młodym naukowcem.
 Poszłam sztywno do łazienki, zamknęłam drzwi i włączyłam wodę w prysznicu tak mocno, jak się dało. Następnie schowałam twarz w puszysty ręcznik i zaczęłam zawodzić niczym banshee*.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz